Zamieszkałam w starej kamienicy! Nie spodziewałam się po niej tej tajemnicy.

Zamieszkałam w starej kamienicy! Nie spodziewałam się po niej tej tajemnicy.

22 października 2019

Zamieszkałam w starej kamienicy! Nie spodziewałam się po niej tej tajemnicy.

JJest takie powiedzenie, że coś obchodzi nas tyle, co zeszłoroczny śnieg. Myślę sobie, że jest w nim dużo prawdy. Dlaczego ktoś miałby w ogóle zastanawiać się nad zeszłorocznym śniegiem, kiedy lato jest tak ciepłe jak tegoroczne. Jedyne co w takich temperaturach kieruje moje myśli w stronę czegokolwiek mroźnego to głosy w głowie przypominające o tym, że w mieszkaniu jest takie pomieszczenie jak kuchnia, a w niej zamrażalnik, a w nim lody.

Zeszłoroczny śnieg pamiętam jednak dość dobrze. Z trzech powodów. Po pierwsze dlatego, że ledwie zmieściłam się w spodnie narciarskie. Po drugie dlatego, że fakt zaistnienia powodu pierwszego wydawał mi się absurdalny w kontekście tego, jak często musiałam odśnieżać samochód – no przecież to prawie fitness! A po trzecie dlatego, że grudzień był dla nas miesiącem przeprowadzki, a noszenie kartonów przez himalaje śniegu jest czymś, czego się nie zapomina.

Przeprowadzka

Był grudzień. Za oknem himalaje śniegu, a w mojej głowie himalaje szczęścia: zamieszkam w starej kamienicy! Dosłownie skakałam pod sufit. I to nie byle jaki! Taki w kamienicy. Taki trzymetrowy. Zawsze marzyłam o tym, by wprowadzić się do starych murów, ale nie na zawsze.Tak na trochę, dłuższą chwilę. Jakby miał to być przystanek przed miejscem, w którym wybudujemy kiedyś w końcu własne ściany i wprowadzimy się do nich ze wszystkim tym, co między nami budujemy codziennie.

Nasza kamienica jest tak stara, że głupio byłoby jej śpiewać sto lat w urodziny. Na wszelki wypadek w mieszkaniu w ogóle nie pokazuję się z tortem. I nie, to wcale nie przez wieczną dietę i te cholerne, za małe spodnie narciarskie..! A przynajmniej nie przyznaję się do tego otwarcie. A co dopiero tak tutaj, na piśmie.

Nasza kamienica jest tak stara, że chociaż przeszła ostatnio lifting ścian na zlecenie wspólnoty, mezoterapię klatek schodowych i inne potencjalne próby biologicznej odnowy, zdradzają ją zmarszczki popękanej elewacji. Po wszystkim co przeżyła, musi mieć naprawdę grubą skórę, wymurowaną z tej czerwonej cegły. W kilku miejscach mocno ją pokruszyło Powstanie Warszawskie.

Pies Lucjan poznaje sąsiada kiedy śnieg pada

Był grudzień. Za oknem himalaje śniegu, a w mojej głowie himalaje szczęścia: właśnie przeprowadzamy się do starej kamienicy! A na dodatek zaraz zrobimy to, co ratuje wszystkich dźwigaczy przeprowadzkowych kartonów świata od śmierci głodowej – zamówimy pizzę. Pizza potencjalnie może być również powodem, dla którego niektórym zdarza się czasami nie mieścić w spodnie narciarskie, ale to już temat na osobny felieton.

Gdzieś między pierwszym kawałkiem pepperoni na wynos a rozplanowywaniem tego na którym regale ułożyć książki a w której szafce talerze, założyłam na siebie zimowy płaszcz i wybrałam się na spacer z Psem Lucjanem. Bo pies Lucjan (aktualnie nasz jedyny potomek) oczywiście przeprowadzał się z nami.

Bywa różnie między Psem Lucjanem a innymi psami.

Chociaż przeważnie jest absolutnie towarzyski i rozkoszny, bywa że na widok niektórych czworonogów budzi się w nim istny rottweiler. A właściwie taki z niego bardziej ”rottweiler gawędziarz” – krzywdy nie zrobi, ale chętnie obszczeka.

W każdym razie, wygląda to raczej zabawnie, ponieważ wzrostem nie sięga nawet do kolan, wyglądem przypominając natomiast jakąś nieistniejącą rasę. Bo jest psem rasy Lucjan, swojej własnej. Coś między jamnikiem / kotem / niedźwiedziem oraz autobusem przegubowym. Przy kundelkach ze schroniska wszystko jest możliwe.

*

Kiedy zeszłam z Psem Lucjanem na patio kamienicy było już ciemno. Zimowy wieczór. Śnieg pruszył i bezdusznie przykrywał pierzyną białego puchu szyby ciasno zaparkowanych aut

– zero litości dla nieszczęśników na nieodpłatnych usługach samochodowej skrobaczki- pomyślałam.

Zimowy wieczór. Osiedlowa cisza nocna, przerywana tylko stłumionym dźwiękiem zwarcia elektrycznego w przydrożnej latarni. Pulsujący w szklanym kloszu zawieszonym nad ulicą dźwięk, okazał się być jednak tylko supportem przed prawdziwym niszczycielem bezgłośnej prawie już nocy- psem Lucjanem.  Zarys starszego mężczyzny z pieskiem wchodzących na patio przez wąską bramę uruchomił w Lucjanie psi tryb awaryjny: funkcję ostrzegawczego szczekania.

Starszy Pan jednak uśmiechnął się tylko. Było już na tyle ciemno, że w pierwszej chwili nie widziałam go zbyt dokładnie. Delikatne światło latarni oświetlało jego siwe włosy i spadające z nieba płatki grudniowego śniegu. Grawitacja wydawała się przyciągać je tak słabo, jakby hamowało je w locie zmrożone powietrze. Opadały lekko by w końcu zatrzymać się na jego bladej twarzy, którą przecinały cienkie linie zmarszczek. Jego jasna cera była jak lodowisko, które ostrymi płozami upływających lat zarysował czas.

Poczułam, że jego spojrzenie jest ciepłe, ale wydaje się też kryć jakąś tajemnicę. Wtedy jednak jeszcze nie wiedziałam, że niedługo ją poznam.

Parapet w naszej kamienicy

Był grudzień. Za oknem himalaje śniegu, a w mojej głowie himalaje szczęścia: wprowadziliśmy się właśnie do starej kamienicy!

Wszystko jak zawsze zrobiło się samo. Starły się kurze. Odkurzyły podłogi. Zasłony zawiesiły się w oknach by lepiej się przyjrzeć okolicy. Będą miały co rano dobry widok na mnie odśnieżającą auto w akompaniamencie bluzgów. Oczywiście mam na myśli asortyment bluzgów o natężeniu delikatnym, jak przystało na damę: same motyle nogi, o żesz kurcza, niech to szlagi i inne do diaski. Soczyste *o kurwa* zostawiam sobie na sytuacje szczególne i awaryjne. Jak przystało na damę.

Książki zajęły już swoje miejsca, zarezerwowały sobie półki moje swetry z wiskozy i jego kraciaste koszule. Poukładały się jakoś wszystkie sprawy: talerze nad blatem, garnki w szafce jeden w drugi. Żarówki najpierw się wykręcały, ale szybko i je oświeciło. Wprowadziliśmy się do starej kamienicy!

Został nam tylko jeden karton, a w nim stare płyty, które postanowiliśmy wysłać do piwnicy na przymusowy urlop.

*

Zejście do piwnicy w naszej kamienicy znajduje się w klatce obok. Karton nie był ciężki, bez problemu więc postanowiłam znieść go sama.

Sąsiednia klatka wydawała mi się pachnieć jakoś inaczej niż nasza, ale posadzkę miała identyczną, w szachownicę. Wracając porozglądałam się tam jeszcze chwilę. Barierki kute ze stali. Ściany niedawno malowane całe na biało. I tylko jedna rzecz różniła się najbardziej: parapet.

Na parapecie dużego okna leżały obok siebie czarno-białe zdjęcia młodych chłopców i młodych dziewczynek z flagami na ramionach. Dzieci ubranych w mundurki ale niestety nie szkolne; dzieci dźwigających karabiny. To zdjęcia Powstańców. A na nich dopiski: Karol M. pseudonim Wiatr, mieszkał w mieszkaniu numer 32 w naszej kamienicy, Zosia C.- łączniczka- pseudonim Jadźka, mieszkała pod numerem 4.

Następny dzień rano

Następnego dnia rano wyszłam na spacer z psem Lucjanem. Naszą kamienicę otaczała policja, dwie karetki, dwie straże pożarne, kilku panów w kominiarkach i kilku ciekawskich sąsiadów. Patio ogrodzono czerwoną taśmą, a Pies Lucjan w ogóle nie szczekał.

– Niestety nie możemy udzielić Państwu żadnych informacji. Trwają prace operacyjne policji.

*

Wieczorem wybrałam się na kolejny spacer i poranne zamieszanie na patio nie dawało mi o sobie zapomnieć. Kiedy wracałam byłam trochę roztargniona i zamiast do naszej klatki, weszłam do klatki obok. Na piętrze, na którym znajduje się parapet ze zdjęciami, drzwi do jednego z mieszkań były otwarte. Leżały w nich zwinięte w rulon dywany.

Weszłam do domu. Nakarmiłam psa Lucjana i nalałam sobie kieliszek czerwonego wina. Zasłony w oknach przysłaniały lekko gapiący się na mnie przez szybę okrągły jak pizza księżyc. Uniosłam pokrywę laptopa, włączyłam wyszukiwarkę i wystukałam kolejno adresy warszawskich portali informacyjnych aż w końcu trafiłam na fragment, który przeczytałam na głos:

dziś rano w starej kamienicy przy ulicy X zmarł dziewięćdziesięcioletni mężczyzna, Powstaniec Warszawski. Podczas porządkowania rzeczy w jego piwnicy znaleziono pocisk przeciwpancerny z czasów Drugiej Wojny Światowej. Ładunek rozbrojony został przez dwudziestu saperów w asyście policji, karetki oraz straży pożarnej. Sytuacja została opanowana. 

*

I chyba dawno nic nie poruszyło mnie tak bardzo jak zwinięte w rulon dywany.

*

 

*Historia prawdziwa. Pseudonimy Powstańców Warszawskich na potrzeby tekstu zmieniłam.  

O mnie
Hello beautiful

Poems, to felietony uczuciowo-satyryczne do czytania przy herbacie i winie. Czułe historie, ładne rzeczy, wolne żarty. Boho klimat, podróże i fotografia. #Goodvibesonly dla inteligentnie wrażliwych.

A ja jestem Ola. Rozkochana w fotografii, podróżach, emocjach i słowach. I tym, jak miękkie w dotyku są psie uszy. Herbatę piję w nieprzyzwoitych ilościach. Prawniczą togę zamieniłam na wygodne trampki, a grube kodeksy na ciężką lustrzankę, którą zabrałam ze sobą w podróż dookoła świata. Chodź czytać, bo wystygnie herbata!

say hello on

@poems.wonderland
Zapisz się na Uczuciowo-Satyryczny Newsletter!

Chcesz dostawać ode mnie listy? Zapisz się do poemsowego newslettera!

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w celach marketingowych