Top

Fol­low my blog with Blo­glo­vin

 

O wie­lu waż­nych świę­tach możesz w życiu zapo­mnieć. Możesz zapo­mnieć o rocz­ni­cy ślu­bu (choć legen­dy miej­skie gło­szą, że nie­licz­ni wyszli z tego cało), imie­ni­nach teścio­wej albo dniu kota, ale świat nie pozwo­li Ci raczej nie pamię­tać o Walen­tyn­kach. Szan­se, że Twój wzrok nie potknie się nagle o rekla­mę cze­go­kol­wiek, co pro­jek­tant opa­ko­wań albo gra­fik na eta­cie prze­pu­ścił przez toner w opcji kolo­ry­stycz­nej krwi­sta czer­wień, są zni­ko­me. Nie­waż­ne też jak bar­dzo byś kogoś na co dzień kochał, tyl­ko tego dnia kolor róż w kwia­ciar­niach bar­dziej jest róża­ny i prze­sta­ją ist­nieć na świe­cie majt­ki bez­sz­wo­we baweł­nia­ne.

Jest kil­ka rze­czy pew­nych, któ­re zda­rza­ją się zawsze 14 lute­go. Roz­kwi­ta­ją w bukie­tach kwia­ty i roz­kwi­ta rynek bie­liź­nia­ny, a pół­na­gie Panie nadru­ko­wa­ne na bro­szur­kach i pla­ka­tach noszą koszu­le noc­ne z koron­ki albo z innej fira­ny. Pew­ny jest brak wol­nych sto­li­ków w restau­ra­cjach, bile­tów do kina i przy­śpie­szo­ne tęt­no zapra­co­wa­nych kas skle­po­wych, wymie­nia­ją­cych bank­no­ty z podo­bi­zna­mi kró­lów na papie­ro­we para­go­ny. Ale nic nie jest tak pew­ne jak kon­flikt. Iro­ni­zo­wa­ne prze­cią­ga­nie liny mię­dzy zwo­len­ni­ka­mi Dnia Zako­cha­nych, a odważ­nie dekla­ru­ją­cy­mi: nie lubię Walen­ty­nek.

gdzieś mię­dzy jed­no­roż­ca­mi i tęczą a pro­te­sta­mi sin­gli

Jeśli mam w jakimś tema­cie skraj­ne poglą­dy, to naj­bar­dziej chy­ba w tym, że nie rozu­miem skraj­no­ści. Świat napraw­dę nie jest czar­no-bia­ły, lecz w odcie­niach sza­ro­ści. No chy­ba, że cza­sa­mi bywa zupeł­nie kolo­ro­wy. Jak w przy­pły­wach chwil tak pięk­nych jak te, gdy w orga­ni­zmie poja­wia się lek­ka nad­po­daż cze­ko­la­dy, wina albo wita­mi­ny D. Albo gdy w zeszło­rocz­nym płasz­czu znaj­du­je się nagle zapo­mnia­ne pięć­dzie­siąt pol­skich zło­tych. Dla­te­go chcia­ła­bym opo­wie­dzieć Wam, że kie­dy jed­ni z nas rezer­wu­ją sto­lik w ulu­bio­nej restau­ra­cji, a inni sta­ra­ją się wydo­stać spod gru­bej war­stwy walen­tyn­ko­we­go lukru, to tym­cza­sem na świe­cie…

[df_row][col-md-6]

tym­cza­sem we Wło­szech

W pięk­nym kra­ju moza­rel­lą i winem pły­ną­cym, gdzie wino­gro­na upi­ja­ją się wszech­obec­nym słoń­cem panu­je pewien walen­tyn­ko­wy prze­sąd. Pierw­szy męż­czy­zna, któ­re­go spo­tka 14 lute­go wło­ska sin­giel­ka zwia­stu­je typ tego, jakie­go kawa­le­ra weź­mie ona w przy­szło­ści za męża. Cóż, zna­jąc uro­dę Wło­chów mogę się zało­żyć, że w dzie­więć­dzie­się­ciu pro­cen­tach przy­pad­ków los wska­zu­je nie­wy­so­kie­go bru­ne­ta.

a tym­cza­sem we Fran­cji

We Fran­cji Walen­tyn­ki toczą się ryt­mem kla­sycz­nym, komer­cyj­no-roman­tycz­nym. I cho­ciaż tego dnia czas upły­wa zwy­czaj­nie, a peł­ne ele­gan­cji i szy­ku Fran­cuz­ki jak co dzień prze­mie­rza­ją uli­ce w kre­mo­wych pro­chow­cach w jed­nej ręce trzy­ma­jąc naj­now­sze wyda­nie Vogue, a w dru­giej bagiet­kę z pobli­skiej pie­kar­ni. Samot­ne z nich mają swój walen­tyn­ko­wy mrocz­ny sekret: pod­pa­la­ją wie­czo­ra­mi zdję­cia tych, któ­rych serc nie skradł cały ten ich szyk.

 

[/col-md-6][col-md-6_last] [/col-md-6_last][/df_row]

a tym­cza­sem w Korei Połu­dnio­wej

Tym­cza­sem w Korei połu­dnio­wej Świę­to Zako­cha­nych obcho­dzo­ne jest wła­ści­wie trzy razy w roku i upły­wa pod zna­kiem cze­ko­la­dy i maka­ro­nu. 14tego lute­go kore­ań­skie kobie­ty przej­mu­ją pre­zen­to­wą ini­cja­ty­wę i obda­ro­wu­ją swo­ich męż­czyzn jedy­nym słusz­nym tam pre­zen­tem: cze­ko­la­dą. Od razu wyobra­żam sobie odnie­sie­nie tego zwy­cza­ju do sce­ne­rii zatło­czo­ne­go sushi baru, peł­ne­go sko­śno­okich męż­czyzn sie­dzą­cych przed tale­rza­mi z cały­mi sto­sa­mi cze­ko­la­do­wych kostek — uszczu­pla­ny­mi mia­ro­wo przy uży­ciu drew­nia­nych pałe­czek.

14ty lute­go w Korei jest tyl­ko przy­staw­ką przed 14tym mar­ca, kie­dy rów­no mie­siąc póź­niej odby­wa się kolej­ne świę­to: Whi­te Day, nazy­wa­ne męskim rewan­żem. Wte­dy to kobie­ty mogą liczyć na nie­zli­czo­ne ilo­ści słod­ko­ści. I w koń­cu już za kolej­ny mie­siąc, 14 kwiet­nia Koreę opa­no­wu­je świę­to sin­gla: dzień, w któ­rym oso­by nie będą­ce w związ­kach uda­ją się z przy­ja­ciół­mi lub jed­no­oso­bo­wo do restau­ra­cji na kul­to­wy czar­ny maka­ron (wcze­śniej cze­ko­la­da, teraz maka­ron, bar­dzo to sza­nu­ję) w ramach cele­bro­wa­nia dnia bez dru­giej połów­ki.

a tym­cza­sem w Danii 

Duń­scy chłop­cy listy piszą. Wysy­ła­ją kart­ki z rymo­wan­ka­mi i czu­ły­mi słów­ka­mi, nadaw­cę pod­pi­su­jąc jedy­nie szy­frem: maleń­ki­mi krop­ka­mi, któ­rych licz­ba odpo­wia­da tej, z któ­rej skła­da­ją się ich imio­na i nazwi­ska.

a tym­cza­sem w Niem­czech

Myśla­łam, że nic nie zasko­czy mnie tak bar­dzo jak Walia, w któ­rej zako­cha­ni ofia­ro­wu­ją sobie w pre­zen­cie… drew­nia­ne łyż­ki, zanim nie dowie­dzia­łam się, że jed­nym z głów­nych moty­wów walen­tyn­ko­wych kar­tek w Niem­czech jest świ­nia. Oka­zu­je się, że nasi dość poważ­ni zwy­kle sąsie­dzi mają spo­re poczu­cie humo­ru i widzą w niej sym­bol pożą­da­nia. Nie­sa­mo­wi­te, jest nam do ich tak bli­sko, a zara­zem tak dale­ko… że też nam Pola­kom pozo­sta­je widzieć w świ­ni jedy­nie sym­bol scha­bo­we­go.

a tym­cza­sem w Pol­sce

Tu nic nie jest tak pew­ne, jak kon­flikt. Mię­dzy wyznaw­ca­mi walen­tyn­ko­we­go pro­te­stan­ty­zmu, a tymi, któ­rzy wybie­ra­ją się na roman­tycz­ne kola­cje trwa­ją cią­głe dywa­ga­cje.

Kalen­darz pod­po­wia­da mi, że już 16tego lute­go wypa­da Mię­dzy­na­ro­do­wy dzień listo­no­szy i dorę­czy­cie­li prze­sy­łek. Czy powin­nam wstrzy­mać się z wysła­niem zezna­nia podat­ko­we­go jesz­cze dwa dni by cele­bro­wać przy­kle­ja­nie znacz­ka w rogu koper­ty? A może stwier­dzić, że nie lubię listo­no­szy (niczym inni Walen­ty­nek), dekla­ro­wać otwar­cie bycie “listo­no­szo-scep­ty­kiem” i opo­wie­dzieć całe­mu mia­stu, że na pew­no nie wyślę listu w dniu ich świę­ta, niech sobie listo­nosz jeden popa­mię­ta?

A prze­cież każ­dy dzień jest tak samo dobry, aby wysłać list i każ­dy dzień jest dobry, aby powie­dzieć kocham.

Każ­dy dzień jest też super, aby gła­skać koty. Ale wstrzy­mam się, bo dzień kota jest dopie­ro sie­dem­na­ste­go. 

Pic­tu­res: 1. Pho­to by Jaca­lyn Beales on Unsplash 2. Pho­to by me, Poems.pl 3. Pho­to by me, Poems.pl 4. Pho­to by Ane­te Lūsi­ņa on Unsplash

Trochę dorosła bo przecież ma męża, a trochę podjada czekoladę w łóżku i nie depcze linii między płytami chodnikowymi. Nałogowo bawi się słowami, fotografuje, śmieje się i podróżuje. Sporo łączy ją z Amelią z francuskiego kina. Głównie pewność, że płyty winylowe robi się jak naleśniki. Kocha planszówki, emocje i słowa. Przyjaciółka adoptowanego psa Lucjana, którego jest po części matką, po części psychofanką. Herbatę pije w nieprzyzwoitych ilościach.

post a comment

Close