syrenka warszawska alarmowa

syrenka warszawska alarmowa

22 października 2019

syrenka warszawska alarmowa

D

Dobrze pamiętam moment, w którym pierwszy raz usłyszałam syreny alarmowe. Wkładałam akurat świeżo zważone sierpniowe pomidory do płóciennej torby na Hali Mirowskiej, kiedy jednostajny, jednocześnie głuchy i przeszywający zarazem dźwięk rozlał się po ulicach Warszawy.

Miasto zastygło w bezruchu. Zatrzymały się auta, ktoś przestał gonić uciekający autobus, ktoś oparł się lekko o swój rozpędzony chwilę wcześniej rower. Niewypowiedziane słowa zostały komuś przerwane w pół zdania i jakiś pies posłusznie zrobił siad przy czyjejś nodze. Przypadkowi ludzie o różnych historiach i peselach w jednej chwili stali się dowodem na to, że można być nieruchomym i poruszonym zarazem. Bo wszyscy byliśmy nieruchomi. I bardzo tym poruszeni. 

Kiedy zastyga miasto zatrzymuje się w nim to, co zwykle jest głównym składnikiem miejskiego gwaru. Za to to, co na co dzień jest tu niemal niedostrzegalne, pozostaje w ruchu. Muszki owocówki unoszące się lekko nad skrzynią z czereśniami. Strużka soku z malin ściekająca po brodzie dziewczynki, która niezauważona wzięła ich małą garść na spróbowanie. Bezpański kot skradający się cicho za sklepem rybnym. Dźwięczący grosz wypadający z dłoni sprzedawcy, którego ,godzina W’ zatrzymała akurat w chwili wydawania reszty. Albo łza spływająca wolno po policzku Pani pamiętającej Powstanie.  

Mój kolejny raz z syrenami alarmowymi był wtedy, kiedy zamieszkałam w jednej z kamienic na szlaku wybuchu Powstania Warszawskiego. Stałam akurat na balkonie wieszając na sznurku pachnące lenorem pranie, gdy miasto zatrzymało się znowu. W ręku trzymałam akurat półwilgotną, wygniecioną wirowaniem letnią sukienkę, która od wirowania w pralce z pewnością wolałaby wirowanie w tańcu. Uszy zatkał mi ten sam, przeszywający dźwięk.

Z zawieszonego nad ulicą balkonu dobrze widziałam jak nieruchomieje stolica, ale tym razem niespodziewanie zobaczyłam coś więcej niż zastygnięty tłum ludzi i tramwajów. Przed moimi oczami zaczęły pojawiać się obrazy, o których ten dźwięk przypomina mi do dziś. Myślałam o tym kto wtedy przebiegał ulicą obok. Kto chował się w piwnicy budynku w którym mieszkam. Kto za rogiem pocałował kogoś po raz ostatni na pożegnanie. I co widziałby ktoś, kto stałby wtedy na moim balkonie.

Kiedy dźwięk ustał zobaczyłam, że niemal na każdym z balkonów stoją mieszkańcy naszej kamienicy.    Z większością nie znałam się wtedy jeszcze nawet z widzenia, ale skinęliśmy do siebie głowami jakbyśmy znali się dobrze. Poczułam, że tak naprawdę nikt z nas nie był wtedy na swoim balkonie sam.

Niedawno znów usłyszałam syreny alarmowe. W lutym, gdy włączyłam telewizję. Rozbrzmiewały na ulicach innych miast niż Warszawa i innego kraju niż Polska, ale odruchowo zmroziły mnie w bezruchu. Do Ukrainy wkraczały rosyjskie wojska, a na szklanym ekranie pojawiały się obrazy, które wcześniej na warszawskim balkonie podpowiadała mi jedynie moja wyobraźnia. Od tamtej pory właściwie każdego dnia poznając kolejne historie szukających u nas schronienia ludzi czułam, jakby w uszach gdzieś piszczał mi ten przeszywający, zatykający gardło dźwięk. 

Kolejny raz syreny alarmowe usłyszałam dziś. Dziesiątego kwietnia po raz pierwszy z powodu innego niż dotąd nachalny pisk przerwał ciszę chłodnego poranka, a ja czułam się inaczej niż za każdym poprzednim razem. Nie potrafiłam ustać w bezruchu, który wcześniej był czymś niemal automatycznym. Coś, co dla tak wielu osób przebywających w Warszawie jest przypomnieniem traum, a mi wcześniej kojarzyło się z oddawaniem szacunku powstańcom i łączącym ludzi refleksyjnym wspominaniem, dziś ma na celu dzielić. Dzielić, by dzielić i rządzić. Robić hałas o to, co zasługuje na minutę ciszy.

Dziś nie wyszłam na balkon. Byłoby mi tam chyba jakoś samotnie.

O mnie
Hello beautiful

Poems, to felietony uczuciowo-satyryczne do czytania przy herbacie i winie. Czułe historie, ładne rzeczy, wolne żarty. Boho klimat, podróże i fotografia. #Goodvibesonly dla inteligentnie wrażliwych.

A ja jestem Ola. Rozkochana w fotografii, podróżach, emocjach i słowach. I tym, jak miękkie w dotyku są psie uszy. Herbatę piję w nieprzyzwoitych ilościach. Prawniczą togę zamieniłam na wygodne trampki, a grube kodeksy na ciężką lustrzankę, którą zabrałam ze sobą w podróż dookoła świata. Chodź czytać, bo wystygnie herbata!

say hello on

@poems.wonderland
Zapisz się na Uczuciowo-Satyryczny Newsletter!

Chcesz dostawać ode mnie listy? Zapisz się do poemsowego newslettera!

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w celach marketingowych