Stary dom unplugged

Stary dom unplugged

22 października 2019

Stary dom unplugged

Krzysztof Komeda - Lullaby - (Rosemary's Baby - 1968)

NNasz rodzinny dom stoi na wzgórzu. To już prawie trzydzieści lat odkąd swój skośny dach z zaciągającym się dymem kominem wtula w przerośnięte sosny. Dom żyje. Dom skrzypi. Ogromne okna wpatrzone w jezioro z zaskoczenia przymyka wiatr powiekami trzaskających okiennic. W oknach szprosy. Za oknami taras. Nad oknami antresola. Nad antresolą żyrandol na świece zwieszony z wysokości.

Pachnie drewnem. Drewno kominka trzeszczy. Drewno podłogi skrzypi, gdy chodzi się po niej boso. Zostawia drzazgi. Kiedy myję ją mopem wyobrażam sobie, że płyn do podłóg to krem przeciwzmarszczkowy, bo z każdym rokiem tych zmarszczek ma jakby coraz więcej. Rysuje je czas i twarde nogi szurających krzeseł.

wrzątek i stracona szansa awansu na earl gray

Dziś w nocy wyjątkowo zostałam w starym domu sama. Sama, nie licząc psa Lucjana. Psa Lucjana i może jeszcze kilku polnych myszy w piwnicy oraz paru zaspanych pająków. Noc zagłuszałam na zmianę netflixem i filmami na youtube. Bez patrzenia w ekran, tylko dźwięki. Krzątałam się po kuchni, a laptop mówił do mnie zobojętniając ciszę. Choć już niedługo miałam się przekonać, że tak naprawdę przecież ciszy w trzeszcząco-dźwięczącym domu nie ma. Tu się zagłusza nie-ciszę.

Zaparzyłam herbatę. Parujący wrzątek wypełnił kubek po brzegi, ale trochę wody zostało jeszcze na dnie czajnika. Na później. Co jakiś czas brałam herbacianego łyka, po czym w zamyśleniu wracałam do układania talerzy na suszarce do naczyń i przecierania kuchennego blatu półwilgotną ściereczką. Przecierałam też oczy z zaspania, bo zegar na piekarniku pokazywał już wpół do pierwszej.

Nagle usłyszałam głośny dźwięk spadającego z blatu czajnika. W jednej chwili roztrzaskał się o podłogę. Musiałam potrącić go ręką. Zadźwięczała pokrywka. Krople gorącej jeszcze wody bezpowrotnie straciły szansę awansu na earl grey i rozprysły się po kątach. Niebieskie światło zwarcia elektrycznego na moment rozświetliło cały dom, kiedy czajnik wydał swoje ostatnie elektryczne tchnienie. Po chwili zgasło wszystko.

Wszystko. Zrobiło się ciemno. Ciemność w domu na pustkowiu, to inny wymiar ciemności. To taka ciemność, w której masz wrażenie, że własne myśli czyta się Braillem.

Ciemność i nie-cisza. Akordy trzasków i trzeszczeń. Stukanie okiennic. Gałęzie sosen łaskoczą starą dachówkę. Skrzypią meble. Miękki dźwięk łap psa Lucjana prześlizguje się po tafli drewnianej podłogi. Zegar nie tyka, bo jedyny zegar to ten na drzwiach piekarnika. Ciemność. I to dziwne uczucie, kiedy głośniej zaczynasz słyszeć własny oddech.

Ciemność w domu na pustkowiu, to inny wymiar ciemności. To taka ciemność, w której nie widzisz swoich rąk i potykasz o własne nogi. O nogach od stołu- z szacunku do swojego alter ego potykającej się o wszystko Bridget Jones- nie wspominając.

Zgasło wszystko. Ciemno. Nie-cicho. Zimno. Bo dom bez prądu, to nie tylko brak światła i elektronicznych sprzętów. To nie tylko brak ciepłej wody i internetu. To też nagłe wstrzymanie ogrzewania i wyciąganie z wiklinowych skrzyń warstw koców i starych pierzyn, bo temperatura domu szybko próbuje zrównać się z tą, która panuje za nieszczelnymi oknami. Wiosna na Podlasiu: minus trzy celsjusza.

Całe szczęście, że chociaż telefon łapie zasięg bez prądu – pomyślałabym pewnie, gdybym tylko miała w telefonie więcej niż siedem procent baterii.

Krok pierwszy: zachowajmy spokój.

Krok drugi: spróbujmy zachować go chwilę dłużej niż do momentu, w którym zdamy sobie sprawę z tego, że w domu nie ma latarki.

Krok trzeci: mimo braku latarki zdecydujmy się sprawdzić bezpieczniki.

Krok czwarty: właśnie znaleźliśmy blaszaną skrzynkę z bezpiecznikami by zorientować się, że ta awaria to jednak coś więcej niż wyskok elektrycznych korków.

Krok piąty: patrz punkt pierwszy.

Dochodzi druga w nocy. Sprawdzam czas na telefonie, który jednocześnie służy mi za latarkę i orientuję się, że za funkcję świecenia zapłaciłam wysoką cenę trzech z siedmiu kresek baterii. W takich chwilach chyba nic nie mogło rozładować napięcia gorzej niż rozładowany telefon. Brak kontaktu ze światłem i ze światem.

dziewczynka z zapałkami

Tej nocy zwieszony z antresoli żyrandol na świece okazał się być nie tylko elementem dekoracyjnym, ale też praktycznym. Całe życie myślisz, że jesteś niepoprawną romantyczką gromadząc w szafach i szafkach zapasy świec i świeczek, a tu nagle pstryk, noc bez prądu i okazuje się, że Twój romantyzm, to tak naprawdę strategiczne myślenie oraz pragmatyzm.

Z tym strategicznym myśleniem wcale nie żartuję. Kiedy pocierałam nasączone siarką główki zapałek o kartonowe pudełko z każdą zapaloną świeczką coraz bardziej rozjaśniało się nie tylko w salonie, ale też w mojej w głowie. Wpadłam na genialny plan! Przecież przed domem stoi moje auto. Mogę naładować baterię w telefonie od akumulatora! Zyskać kontakt ze światem, latarkę. Ogrzać się choć trochę, bo temperatura w domu z każdą chwilą spada jak Adam Małysz na turnieju czterech skoczni, kot na cztery łapy, libido przy migrenie i kromka chleba zawsze  masłem w dół.

Zimno. Za oknem minus trzy. Przyszedł więc czas na kolejny sweter. Próbuję trafić zmarźniętymi rękoma w wyciągnięte rękawy. Narzucam na siebie kurtkę, do kieszeni wkładam klucze od auta, a pod pachę biorę psa Lucjana, aby nie niepokoił się moim wyjściem domu. Staram się być opanowana i spokojna, ale zwierzęta tak już mają, że czują nasze najskrytsze niepokoje. Wychodzimy.

czy nie jesteśmy tu sami?

Za drzwiami czeka na nas noc. Ostrość zimnego powietrza, wilgoć i ciemność. W innej sytuacji za żadne skarby nie wyszłabym o tej porze ze starego domu sama, choć bardziej z powodu przedawkowywania podcastów kryminalnych, niż z racjonalnych pobudek. Do auta idę szybkim krokiem. Sadzam psa na siedzeniu pasażera. Już prawie trzecia. Piesek zwija się w futrzaną kulkę, dotyka mnie mokrym nosem i cicho mruczy. Mruczy też silnik auta. Moje zmęczenie i niepokój, że pies odczuwa mój niepokój sprawiają, że czuję się jak po trzech mocnych kawach. Wymieszanych z czterdziestoprocentowym rumem.

Telefon ładuje się wolniej niż przewidywałam. Na każdą kolejną kreskę baterii czekam jak na otwarcie restauracji w lockdownie. Może zadzwonię do taty? Zna dobrze ten dom, może coś podpowie? Dzwonię. Budzę go w środku nocy. Tak, tak tato, korki sprawdziłam, są w górze. Bezpiecznik główny? Na dworze? Nie sprawdzałam…

A więc jest jeszcze coś, co mogę zrobić. Sprawdzić bezpiecznik główny. Wyłączam silnik, wysiadam z auta. Za mną wyskakuje pies Lucjan. Mam wrażenie, że chodząc dwa razy szybciej niż zwykle przeplata ze sobą swoje cztery łapy. Na samą myśl o nocnych spacerach po ciemnej posesji przechodzą mnie dreszcze, ale jestem zmotywowana. Idę sprawdzić miejsce, o którym wspomniał tata. Mam w telefonie jedynie kilka procent baterii, których nie chcę marnować na latarkę. Z oszczędności drogę podświetlam tylko odblokowanym ekranem iphone’a. Pod butami skrzypią mi leśne igły i szyszki.

Próbuję otworzyć skrytkę z bezpiecznikami. Nie widzę wyraźnie. Cały czas mam wrażenie, że z Lucjanem nie jesteśmy tu tej nocy sami, ale w myślach powtarzam sobie, że to tylko moja wyobraźnia. Nikogo więcej tu nie ma. Nie może. Zauważam kłódkę. Przez chwilę szarpię ją dłońmi, ale szybko zdaję sobie sprawę, że nie mam klucza. Tak bardzo chciałabym otworzyć ją siłą woli. Wracam do domu. Wita mnie chłód i ciepłe, blade światło przygasających świec.

dzikie serce

Plan mam teraz prosty. Kolejny raz pójść do samochodu. Podładować telefon jeszcze trochę, aby rano zadzwonić po pomoc. Wychodzę. Moje kalosze próbują prześcignąć się w progu z łapami psa Lucjana, ale pies Lucjan jest szybszy. Ciemno. Wyjmuję klucze od auta z kieszeni. Naciskam przycisk samochodowego pilota i w tej samej chwili zauważam, że niebo jest pełne gwiazd. Zastanawiam się przez chwilę jak to możliwe, że są ich miliardy, a to wciąż za mało, aby choć trochę rozjaśnić tę ciemność.

Próbuję wytężyć wzrok, który po chwili z trudem przebija się przez granatowo-brunatną noc. Dwa metry ode mnie, na wysokości moich oczu dostrzegam zarys grubych gałęzi. Kołyszą się delikatnie. Dziwne, wszystkie inne drzewa dookoła pozostają w zastygniętym bezruchu. Jest mroźno, ale przecież bezwietrznie. Kieruję wzrok nieco niżej i tuż pod ledwie wyłaniającym się z ciemności zarysem gałęzi dostrzegam parę oczu. Dzikie spojrzenie wydaje się przeszywać mnie na wylot. W jednej chwili gałęzie okazują się mieć niewiele wspólnego z drzewem. Są porożem. I pewne jest już tylko jedno: jeśli ta noc robi ze mnie jelenia, to teraz jest nas tutaj dwoje.

Powietrze dookoła robi się gęste, a ja w nim zastygam. Nieruchomieję. W bezruchu pozostają już tylko gwiazdy. Z jeleniem patrzymy na siebie z bliska i mimo ciemności nagle widzimy się aż przesadnie wyraźnie. Trwa to może kilka chwil, może minut, sekund, wieczność.

Niezręczną ciszę przerywa pies Lucjan. Przez chwilę o nim zapomniałam. Podskakuje w miejscu i wydaje z siebie dźwięk, którego nie ma zwykle w repertuarze piesełkowych dźwięków. Kundelek z aparycją misia pandy, która połknęła tramwaj, a warknięcie jak u rottweilera. Zwykle to rottweiler-gawędziarz, ale tym razem wyrywa się w stronę jelenia. Próbuję go łapać, ale jest zbyt szybki. Mimowolnie zamykam oczy, jakbym nie chciała zobaczyć tego, co może stać się za moment. Gdy je otwieram, jeleń znika. Przez chwilę słyszę jak oddala się od nas biegnąc po dywanie leśnych igieł, aż w końcu staje się częścią lasu i nocy.

Pies wraca do mnie i piszcząc wdrapuje się na moje ręce po nogawkach spodni. Wracamy do domu.

Idę do kuchni, by znów stać się dziewczynką z zapałkami. Drewienko z siarką ociera się o kartonowe pudełko zapałek. Od zawsze uwielbiam ten słony zapach i dźwięk. Wskrzeszania ognia z zapałek nie zastąpi żadna zapalniczka. Przybliżam podpaloną zapałkę do palnika kuchenki gazowej. Palnik płonie. Ogrzewam ręce. Pusty garnek zalewam wodą. Gotuję. Będzie na herbatę, earl gray.

Gdyby tylko piekarnik działał, zegar na drzwiczkach pokazałby już czwartą nad ranem. Herbatę z garnka przelewam do dzbanka. Wezmę go ze sobą do sypialni na górę. Idę po schodach. Skrzypią. W sypialni rozstawiam świece, na łóżku robię bazę z koców i kołder. Kładę się. Zawinięty w kołdrę człowiek burrito. Biorę łyk herbaty. Termofor z psa Lucjana wtula się między mnie, a marszczenia pościeli i razem czekamy aż zrobi się jasno. Nie zasnę. Chcę oderwać myśli. Światło ze świec pozwala mi znaleźć leżący przy łóżku długopis i krzyżówki. Otwieram na przypadkowej stronie. Pierwsze hasło, które widzę czytam półszeptem: przerwa między dźwiękami na pięć liter: Cisza.

……………………………………………..

Dwa dni po nocy w starym domu otrzymałam wiadomość na Instagramie od przemiłej dziewczyny o tym, że od dłuższego czasu próbuje skontaktować się ze mną w pewnej sprawie. Chciałaby mi coś wysłać. Przewijam wiadomości i odczytuję kilka z ostatnich miesięcy. Pisze, że coś podpowiada jej by podarować mi kubek z przesłaniem i jeleniem. Wzory kubków ma różne, ale mnie woła właśnie ten z symbolem jelenia. Do dziś jeszcze nie znam jego znaczenia.

O mnie
Hello beautiful

Poems, to felietony uczuciowo-satyryczne do czytania przy herbacie i winie. Czułe historie, ładne rzeczy, wolne żarty. Boho klimat, podróże i fotografia. #Goodvibesonly dla inteligentnie wrażliwych.

A ja jestem Ola. Rozkochana w fotografii, podróżach, emocjach i słowach. I tym, jak miękkie w dotyku są psie uszy. Herbatę piję w nieprzyzwoitych ilościach. Prawniczą togę zamieniłam na wygodne trampki, a grube kodeksy na ciężką lustrzankę, którą zabrałam ze sobą w podróż dookoła świata. Chodź czytać, bo wystygnie herbata!

say hello on

@poems.wonderland
Zapisz się na Uczuciowo-Satyryczny Newsletter!

Chcesz dostawać ode mnie listy? Zapisz się do poemsowego newslettera!

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w celach marketingowych