Spontaniczny felieton na dziesiątą rocznicę kochania

Spontaniczny felieton na dziesiątą rocznicę kochania

22 października 2019

Spontaniczny felieton na dziesiątą rocznicę kochania

AA więc dziś mijają dwa lata, odkąd przed całym kościołem zakładników w sukienkach i garniturach obiecaliśmy sobie, że będziemy kochać się całe życie. I jednocześnie dziesięć, odkąd On niezmiennie śmieje się z moich żartów i równie niezmiennie nie może znaleźć nic w lodówce.

Dziesięć lat temu. Ten moment, kiedy oficjalnie poczułam trzeszczenie skrzydeł motyli w moim brzuchu. Dziewięć, odkąd pierwszy raz upiekłam mu ciasto i to nic, że zakalec. Osiem, od momentu, gdy przez chwilę pierwszy raz bałam się o nas. Siedem, od kiedy w końcu zaczęliśmy mieszkać w tym samym mieście i mogłam przestać narzekać, że pociąg zawsze się spóźnia. I nauczyłam się piec ciasta. Sześć, od kiedy co niedzielę czcimy minutą ciszy rozkrajanie jajka w koszulce z nadzieją, że tym razem wypłynie.

Pięć od czasu, gdy na Placu Zbawiciela stanęła tęcza i pierwszy raz pomyślałam, że Warszawa jest piękna. I pięć od roku, gdy On w Toskanii założył mi na palec pierścionek zaręczynowy. A więc jednocześnie pięć, od kiedy zrozumiałam, że już nigdy nie muszę nauczyć się czytać tej cholernej mapy. I, że aż do ślubu koniec z Carbonarą. Cztery, od kiedy wyprowadziliśmy się na chwilę do innego kraju. Trzy, to ten moment liczenia wspólnych podróży już w tysiącach kilometrów i braku miejsca na pieczątki w paszportach. To pierwsze podróże bez biletu i planu. Dwa, odkąd On został moim mężem. I dwa od kiedy chwilę później z Placu Zbawiciela zniknęła tęcza.

Jeden rok od czasu, kiedy pojawił się w naszym życiu pies Lucjan i odkryliśmy inny wymiar miłości. I to, jak cudowne w dotyku są psie uszy. I to, że strach o niego może mieć wielkie oczy. I to, że wspólne wieczory, to nasze cztery nogi, jego cztery łapy i nasze dwie trzymające się ręce.

I w końcu zero lat temu, we wtorek, teraz, siedzę na tarasie. Popijam herbatę. On pracuje za ścianą, coś analizuje, coś przelicza, kiedy ja tu to wszystko wyliczam. I uśmiecham się pod nosem, bo za chwilę zza ściany mnie pyta „kochanie, chcesz dolewkę herbaty”? Bo wie, że wypijam całe litry, kiedy piszę. A ja wiem, że zaraz przyjdzie tu z kubkiem świeżo zaparzonej jeśli udam, że nie słyszę.

 

Masz ochotę na podobne teksty?

– Polecam ten, o księżniczce z korpowieży: tutaj

– Albo ten, o numerze seryjnym człowieka: tutaj

O mnie
Hello beautiful

Poems, to felietony uczuciowo-satyryczne do czytania przy herbacie i winie. Czułe historie, ładne rzeczy, wolne żarty. Boho klimat, podróże i fotografia. #Goodvibesonly dla inteligentnie wrażliwych.

A ja jestem Ola. Rozkochana w fotografii, podróżach, emocjach i słowach. I tym, jak miękkie w dotyku są psie uszy. Herbatę piję w nieprzyzwoitych ilościach. Prawniczą togę zamieniłam na wygodne trampki, a grube kodeksy na ciężką lustrzankę, którą zabrałam ze sobą w podróż dookoła świata. Chodź czytać, bo wystygnie herbata!

say hello on

@poems.wonderland
Zapisz się na Uczuciowo-Satyryczny Newsletter!

Chcesz dostawać ode mnie listy? Zapisz się do poemsowego newslettera!

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w celach marketingowych