Top

Jestem jed­ną z tych dziew­czyn, któ­ra kocha jeść rów­nie bardzo, co mie­ścić się w ulu­bio­ne jean­sy. Jedze­nie pysz­nie, to moja ulu­bio­na dys­cy­pli­na spor­to­wa i nie oce­niam suro­wo tych, któ­rzy do kina cho­dzą głów­nie dla pach­ną­ce­go mię­ciu­teń­kim masłem popcor­nu. Zaję­ło mi kil­ka lat eks­pe­ry­men­tów z die­ta­mi pudeł­ko­wy­mi, inter­ne­to­wy­mi i książ­ko­wy­mi by gubiąc a następ­nie szyb­ko nad­ra­bia­jąc stra­co­ne kilo­gra­my zdać sobie spra­wę, że zamiast tra­cić je real­nie, ja w efek­cie tra­cę  tyl­ko zmy­sły.

Nie­ła­two pogo­dzić jedze­nie zdro­wo z jedze­niem pysz­nie, kie­dy tkwi się w nie­for­mal­nym związ­ku z cze­ko­la­dą i masłem orze­cho­wym. A w ogó­le naj­go­rzej, jeśli aż wstyd się przy­znać do ulu­bio­ne­go kochan­ka i to tak tłu­ściut­kie­go, jak błę­kit­ne Lay’sy z cudow­nie sze­lesz­czą­cej pacz­ki. Meetin­gi naj­chęt­niej pod kocem, przy fil­mie i po dwu­dzie­stej pierw­szej.

Wyga­nia­nie nie­zdro­we­go dia­bła

Cały czas na nowo uczę się bawić w zastę­po­wa­nie skład­ni­ków tak, by nad­ra­biać sobie tro­chę kuli­nar­ne grze­chy. Jeśli mam ocho­tę na cze­ko­la­dę, zjem kawa­łek. Jeśli jed­nak kusi mnie cała tablicz­ka, zastą­pię ją dak­ty­lem, któ­ry tak mnie zasło­dzi, że momen­tal­nie zapo­mnę o wszyst­kim co zawie­ra cukier. Śmie­ta­na zni­kła z mojej lodów­ki i ustą­pi­ła miej­sca jogur­to­wi natu­ral­ne­mu. Olej lnia­ny z koko­so­wym pew­nie by nie uwie­rzy­li, że tak napraw­dę skry­cie uwiel­biam i tęsk­nię za masłem, któ­re­go nigdy nie ma w naszej kuch­ni.

Pół roku temu dosta­łam w pre­zen­cie spe­cjal­ną maszy­nę do sma­że­nia powie­trzem, któ­ra zupeł­nie bez żad­ne­go zbęd­ne­go tłusz­czu cudow­nie przy­go­to­wu­je posił­ki. Robię w niej takie domo­we chip­sy z ziem­nia­ków i bata­tów, że nawet te cho­ler­ne Lay’sy zawsty­dzo­ne cze­ka­ją samot­nie w pobli­skim spo­żyw­czym, aż kolej­ny raz po nie nie przyj­dę.

Upa­dek mię­so­żer­cy

Nawet po przej­ściu na zdrow­szą stro­nę mocy nie odma­wia­łam sobie mię­sa. Wia­do­mo, bia­łecz­ko. Bez bia­łecz­ka for­ma się nie zro­bi. Bez ćwi­czeń też nie, głu­pia igno­rant­ko- pod­po­wia­da mi dzi­siaj mój zaże­no­wa­ny mózg. W każ­dym razie to był pięk­ny czas, kie­dy dała­bym się posie­kać na drob­no za por­cję tata­ra, a nawet wysma­żyć w stop­niu medium well za stej­ka.

Tym­cza­sem coraz czę­ściej zaczę­ły poja­wiać się przy­pad­ki zacho­ro­wań nowo­two­ro­wych w moim oto­cze­niu, a ja posta­no­wi­łam zacząć sły­szeć wszyst­ko to, co mówi się o szko­dli­wo­ści jedze­nia mię­sa. Z dnia na dzień prze­sta­wi­li­śmy się na kasze i kaszot­ta, bur­ge­ry z buracz­ków, vege zapie­kan­ki i owo­ce, będą­ce wisien­ką na tym bez­mię­snym tor­cie. Moja kuli­nar­na wyobraź­nia wsko­czy­ła na wyż­sze tory i sama sie­bie zaczę­łam zaska­ki­wać prze­pi­sa­mi, któ­re tak po pro­stu wyska­ki­wa­ły z mojej gło­wy, niczym  Mał­go­rza­ta Roze­nek z lodó­wek poło­wy Pola­ków. Posił­ko­wa­łam się też Jadło­no­mią nie­sa­mo­wi­tej Mar­ty Dymek. To z jej książ­ki „Jadło­no­mia” pocho­dzi prze­pis na kosmicz­nie dobry wege pasz­tet z socze­wi­cy i kaszy jagla­nej ze zdjęć. U mnie w let­nim, leśno-owo­co­wym wyda­niu.

Po ośmiu mie­sią­cach nie­je­dze­nia mię­sa nasze wyni­ki badań były bar­dzo dobre. Póź­niej jed­nak zaczął się bar­dziej inten­syw­ny moment w pra­cy, wymu­sza­ją­cy szyb­kie lunch’yki mię­dzy spo­tka­nia­mi. Przy­szło lato, a powie­trze zaczę­ło pach­nieć świe­żo sko­szo­ną tra­wą i gril­lem. Kieł­ba­ska, wia­do­mo. Nigdy nie sma­ku­je tak dobrze, jak ta skwier­czą­ca z ogni­ska. W efek­cie obra­li­śmy łatwą stra­te­gię jedze­nia tego, co popad­nie. Szyb­kie obia­dy na mie­ście i powol­ne tonię­cie w lawi­nie sło­dy­czy i mię­sa. Nastał smut­ny moment wymia­ny jean­sów na więk­sze. I to samo­po­czu­cie, jakieś takie… cięż­sze.

Nowy doku­ment Net­fli­xa reani­mu­je naszą die­tę

Był ponie­dzia­łek tydzień temu, kie­dy usły­sza­łam gdzieś w inter­ne­to­wym świe­cie, że jest nowy doku­ment Netflix’a doty­czą­cy odży­wia­nia, o tytu­le What the health. Po tej infor­ma­cji wie­czór zapla­no­wał nam się sam. On, ja, pies Lucjan i repor­taż, któ­ry miał spro­wa­dzić nas ponow­nie na lep­szą dro­gę. Cho­ciaż film wydał nam się odro­bi­nę ten­den­cyj­ny dość jed­no­stron­nie kry­ty­ku­jąc nabiał i mię­so, speł­nił swo­ją rolę i dosad­nie przy­po­mniał dla­cze­go w naszej lodów­ce nie ma miej­sca na nastrzy­ka­ne­go hor­mo­na­mi kur­cza­ka.

A więc od nowa podej­mu­je­my wyzwa­nie zre­zy­gno­wa­nia z mię­so­żer­ne­go lifestyle’u. Mak­sy­mal­nie raz w tygo­dniu pla­nu­je­my decy­do­wać się na ryby, wybie­ra­jąc te z naj­pew­niej­szych źró­deł. Do mini­mum posta­ra­my się ogra­ni­czyć sery i sushi, moje naj­więk­sze miło­ści. Naj­wy­żej w przy­pły­wie ocho­ty na futo­ma­ki  zawi­nę się w koc i sama będę uda­wa­ła ulu­bio­ną rol­kę.

Kana­po­we buri­to tęsk­no­ty za ulu­bio­nym żar­ciem.

Trochę dorosła bo przecież ma męża, a trochę podjada czekoladę w łóżku i nie depcze linii między płytami chodnikowymi. Nałogowo bawi się słowami, fotografuje, śmieje się i podróżuje. Sporo łączy ją z Amelią z francuskiego kina. Głównie pewność, że płyty winylowe robi się jak naleśniki. Kocha planszówki, emocje i słowa. Przyjaciółka adoptowanego psa Lucjana, którego jest po części matką, po części psychofanką. Herbatę pije w nieprzyzwoitych ilościach.

post a comment

Close