Top

 

Kiedy biu­ra podró­ży sprze­da­ją nam waka­cje marzeń, z menu kolo­ro­wych bro­szu­rek może­my wybrać opcję all inc­lu­si­ve: wszyst­ko w cenie. W skład ofer­ty wcho­dzą chłod­ne drin­ki z palem­ką, cało­dnio­we posił­ki i łabę­dzie ze świe­żo wykroch­ma­lo­nych ręcz­ni­ków.

Prze­waż­nie jed­nak, jeśli wszyst­ko jest w cenie, możesz nie zna­leść tam tego, co bez­cen­ne: przy­gód, praw­dzi­wych ludzi i emo­cji. Przy­naj­mniej przy­gód nie więk­szych, niż aqu­are­obik 60+ o dwu­na­stej w połu­dnie. Emo­cji nie moc­niej­szych, niż ten lek­ki, cie­pły dresz­czyk moczu pię­cio­lat­ka w przy­ho­te­lo­wym zbior­ni­ku wod­nym. I ludzi nie praw­dziw­szych, niż tury­sta sło­wiań­skie­go pocho­dze­nia, pod­da­wa­ny pro­ce­so­wi base­no­we­go mocze­nia. Oraz pro­ce­so­wi chlo­ro­wa­nia. Efek­to­wi syn­te­zy drin­ków na bazie zamien­ni­ków mar­ko­wych alko­ho­li i chlo­ro­wa­nej wody.

A tym­cza­sem,  za sied­mio­ma sawan­na­mi, za sied­mio­ma dzi­ki­mi zwie­rząt sta­da­mi, w afry­kań­skiej Kenii naj­praw­dziw­si Masa­jo­wie cze­ka­ją z miej­scem, w któ­rym samo prze­by­wa­nie jest już przy­go­dą.

Maji Moto Eco Camp.

 

Maji Moto Eco Camp, to miej­sce stwo­rzo­ne obok naj­praw­dziw­szej masaj­skiej wio­ski. Zbu­do­wa­ne i wykre­owa­ne przez lokal­nych Masa­jów, któ­rzy chcą dzie­lić się ze świa­tem swo­ją kul­tu­rą. Obo­zo­wi­sko poło­żo­ne jest na szczy­cie wzgó­rza, po któ­rym na codzień wspi­na­ją się dzi­kie zwie­rzę­ta, rdza­wo­czer­wo­ne gła­zy i suku­len­ty, roz­mia­rem prze­wyż­sza­ją­ce drze­wa.

 

Jak wyglą­da obo­zo­wi­sko?

Gdy­by powsta­ła gra The Sims w wer­sji Masaj­skiej, była­by naj­ła­twiej­szą z gier świa­ta. Wszyst­kie pomiesz­cze­nia, to ule­pio­ne z gli­ny izby, ana­lo­gicz­ne do domów miesz­kań­ców pobli­skiej wio­ski. Więk­szość z nich znaj­du­je się pod gołym nie­bem, a łazien­ka jest tyl­ko jed­ną, gli­nia­ną ścia­ną, scho­wa­ną za kota­rą dzi­kich drzew. Rolę sufi­tu peł­ni jedy­nie nagie nie­bo, któ­re wyda­je się stwa­rzać dach drze­wom.

To nie jest tak, że jesteś tu po pro­stu bli­sko natu­ry. Ty dosłow­nie sta­jesz się jej mokrą, świe­żo namy­dlo­ną żelem pod prysz­nic czę­ścią, kie­dy desz­czow­ni­ca oble­wa Cię wodą z oko­licz­ne­go gorą­ce­go źró­dła, a nie­praw­do­po­dob­na ilość gwiazd patrzy na Cie­bie z góry. Napraw­dę nie pamię­tam czy kie­dy­kol­wiek wcze­śniej mia­łam tak dziw­ne wra­że­nie, że nie­bo się na mnie gapi. [df_row][col-md-6]

[/col-md-6][col-md-6_last][/col-md-6_last][/df_row] [df_row][col-md-6] [/col-md-6][col-md-6_last] [/col-md-6_last][/df_row]

 

Nie­wąt­pli­wą gwiaz­dą obiek­tu jest toa­le­ta. Tu okre­śle­nie sede­su jako tro­nu nabie­ra dosłow­ne­go zna­cze­nia. Na wprost drew­nia­ne­go sie­dze­nia z pokryw­ką zamiast kla­py znaj­du­je się okno z wido­kiem na sawan­nę…

[df_row][col-md-6] [/col-md-6][col-md-6_last] [/col-md-6_last][/df_row][df_row][col-md-6] [/col-md-6][col-md-6_last] [/col-md-6_last][/df_row]

 

Poko­ja­mi hote­lo­wy­mi są namio­ty, z któ­rych roz­cią­ga się nie­sa­mo­wi­ty widok na ste­po­wą prze­strzeń. Poczu­łam się jak mała dziew­czyn­ka wysła­na na obóz, któ­rą jesz­cze kil­ka (no dobra, nie wiem jak do tego doszło: kil­ka­na­ście lat temu) fak­tycz­nie byłam.

 

Poran­na przy­go­da.

Wyobraź­cie sobie, co wyda­rzy­ło się rano: sie­dzę sobie spo­koj­nie w namio­cie. Tro­chę cze­szę wło­sy, tro­chę szu­kam wifi, aż tu nagle kil­ka kóz wcho­dzi do moje­go namio­tu! Rzu­cam szczot­kę, rzu­cam iphone’a i już nie jestem pew­na za co łapać naj­pierw, za zamek w mate­ria­ło­wych drzwicz­kach czy apa­rat! Porzu­cam osta­tecz­nie łapa­nie wifi na rzecz łapa­nia moski­tie­ry i przy­trzy­mu­ję ją tak, żeby spryt­ne kozy nie mogły się przez nią prze­do­stać. Wyglą­dam przez jej drob­ną sia­tecz­kę i widzę, jak przed moim namio­tem wędru­ją całe dzie­siąt­ki zwie­rza­ków, wypro­wa­dza­nych przez małych masaj­skich chłop­ców. Gdy­bym obie­ma ręko­ma nie trzy­ma­ła kur­czo­wo moski­tie­ry, to pew­nie prze­cie­ra­ła­bym oczy ze zdu­mie­nia. Wzię­ły mnie kozy zaspa­ną i z zasko­cze­nia. Wjazd na cha­tę, edy­cja cam­pin­go­wa.

A co do małych chłop­ców: w kul­tu­rze masaj­skiej sta­ją się paste­rza­mi, kie­dy tyl­ko nauczą się cho­dzić.

[df_row][col-md-6] [/col-md-6][col-md-6_last][/col-md-6_last][/df_row]

 

Stre­fa wspól­nych posił­ków i chil­lo­utu.

Cen­tral­ną czę­ścią obo­zu jest wspól­na prze­strzeń, w któ­rej przy dłu­gim sto­le ser­wo­wa­ne są posił­ki, przy­go­to­wy­wa­ne na miej­scu przez Masaj­kę, żonę wła­ści­cie­la camp’u. Mimo, że lokal­ne potra­wy opie­ra­ją się głów­nie na dość ogra­ni­czo­nej licz­bie skład­ni­ków, kozi­nie i kuku­ry­dzia­nej mące, kobie­ta ma smak i ogrom­ne ser­ce do goto­wa­nia. Uda­ło jej się nawet zupeł­nie bez pie­kar­ni­ka upiec cia­sto, z oka­zji uro­dzin naszej kole­żan­ki. Był to jej trze­ci wypiek w życiu. Naj­pysz­niej­szy zaka­lec na świe­cie. Ja napraw­dę, bez cie­nia żar­tu, bar­dzo lubię zakal­ce.

[df_row][col-md-6]t [/col-md-6][col-md-6_last] [/col-md-6_last][/df_row] [df_row][col-md-6] [/col-md-6][col-md-6_last] [/col-md-6_last][/df_row]

[df_row][col-md-6] [/col-md-6][col-md-6_last] [/col-md-6_last][/df_row]

 

W Masai Mara Eco Camp dzień gaśnie przy ogni­sku. Na zdję­ciu poni­żej szef obo­zu. Wca­le nie odpa­la ziół zna­nych nam powszech­nie z Holan­dii wyję­tym chwi­lę wcze­śniej z ogni­skiem kona­rem drze­wa. Wca­le. Abso­lut­nie nie. Sta­now­czo zaprze­czam.

*

W następ­nych odcin­kach Afy­kań­skiej przy­go­dy poka­żę Wam naj­dzik­sze ze zwie­rza­ków. Opo­wiem o tym, jak tra­fi­łam do wio­ski Masa­jów, co Masa­jo­wie robią z ludz­ki­mi zwło­ka­mi i dla­cze­go sądzą, że trzy­mie­sięcz­ne dziec­ko, to jesz­cze nie dziec­ko. Dowie­cie się jakim cudem w środ­ku dżun­gli spo­tka­łam naj­praw­dziw­sze gór­skie gory­le oraz ile pięk­nych miejsc i cie­ka­wych ludzi pomie­ści­ła kar­ta pamię­ci w moim apa­ra­cie. Zdra­dzę też, jakie zwie­rzę jest naj­nie­bez­piecz­niej­sze na świe­cie i dla­cze­go hipo­po­tam. 

A może jest coś cze­go chcie­li­by­ście się dowie­dzieć w tema­cie naszej wypra­wy?

Uści­ski, O.

Trochę dorosła bo przecież ma męża, a trochę podjada czekoladę w łóżku i nie depcze linii między płytami chodnikowymi. Nałogowo bawi się słowami, fotografuje, śmieje się i podróżuje. Sporo łączy ją z Amelią z francuskiego kina. Głównie pewność, że płyty winylowe robi się jak naleśniki. Kocha planszówki, emocje i słowa. Przyjaciółka adoptowanego psa Lucjana, którego jest po części matką, po części psychofanką. Herbatę pije w nieprzyzwoitych ilościach.

Comments:

  • Listopad 29, 2017

    Witaj Olciu, ale się roz­ma­rzy­łam :) Zdję­cia jak zwy­kle magicz­ne <3

    reply...
  • Dominika x

    Grudzień 4, 2017

    ależ Ty masz przy­go­dy! coś pięk­ne­go ?

    reply...
  • Grudzień 12, 2017

    Kenia to moje marze­nie, w ogó­le Afry­ka ma w sobie coś bar­dzo magicz­ne­go, że chce się tam być. Pięk­ne robisz zdję­cia Olu. Zapra­szam do mnie, rów­nież foto­gra­fu­ję — być może Ci się u mnie spodo­ba i zacie­ka­wią Cię moje podró­że. Pozdrawiam.Martyna:)

    reply...
  • Kasia Dudziak

    Maj 16, 2018

    Nie­sa­mo­wi­ta przy­go­da Olu. Zdję­cia zapie­ra­ją dech w pier­siach. No napraw­dę eks­tra. Wow!!! Pozaz­dro­ścić tyl­ko. Życzę kolej­nych rów­nie wspa­nia­łych. Podró­żo­wa­nie to pięk­na pasja

    reply...
  • Lipiec 25, 2018

    Tele­por­ta­cja za 3, 2, 1… Świet­ny post, świet­ne zdję­cia no i cudow­ne miej­sce!

    reply...
  • Maria Kołodziejczyk

    Październik 22, 2018

    Mam cichą nadzie­ję, że kie­dyś uda mi się dotrzeć do Kenii.

    Oba­wiam się jed­nak, że nie uczy­nię tego na wła­sną rękę. Wiem, że wie­le przez to stra­cę, ale podróż w tak odle­gły zaką­tek świa­ta wyda­je mi się zbyt ryzy­kow­na.
    Pozdra­wiam ser­decz­nie:)

    reply...

post a comment

Close