Top

USA, kon­sump­cjo­ni­stycz­ne pań­stwo Ronal­da McDo­nal­da. Miej­sce o tyle nie­zwy­kłe, że każ­dy z nas ma wyobra­że­nie na jego temat, nie­za­leż­nie od tego czy odwie­dził kie­dyś Sta­ny, czy po pro­stu zna kogoś, kto był. Wyobra­że­nie gene­ro­wa­ne przez hol­ly­wo­odz­kie pro­duk­cje wyso­ko­bu­dże­to­we, wyso­ko­sło­dzo­ne napo­je gazo­wa­ne i sit­co­my z pol­skim lek­to­rem.

Cho­ciaż myśli­my i mówi­my w języ­ku pol­skim, codzien­nie w samo­cho­dzie, pod prysz­ni­cem i pod nosem nuci­my ame­ry­kań­skie pio­sen­ki. Wie­my dobrze, że wie­żow­ce w Sta­nach dra­pią chmu­ry, ludzie zama­wia­ją bur­ge­ry z colą light, a mali chłop­cy w wigi­lię zosta­ją sami w domu. A więc, wyda­wa­ło mi się, że o Sta­nach wiem wie­le. A jed­nak Ame­ry­ka zasko­czy­ła mnie kil­ko­ma kwe­stia­mi…

 

1

Ame­ry­ka­nie napraw­dę są tacy, jak poka­zu­ją ich fil­my

Kie­dy oglą­dasz ame­ry­kań­skie kino możesz być pewien, że w prze­cięt­nym sta­no­wym mie­ście ulicz­ną pral­nię pro­wa­dzi Azjat­ka. Nie­wy­so­ki Mek­sy­ka­nin albo sprze­da jed­nej z posta­ci nar­ko­ty­ki, albo w gra­na­to­wych ogrod­nicz­kach wypie­li chwa­sty na pose­sji boga­tych miesz­kań­ców Bever­ly Hills. Tuż po tym, jak zesko­czy z paki sta­re­go pick up’a, dzier­żąc w dło­ni wiel­kie gra­bie.

Ist­nie­je bio­drza­sta mamuś­ka, któ­ra zła­pie Cię za ramię i nazwie cukie­recz­kiem, z tym nie­sa­mo­wi­cie wylu­zo­wa­nym akcen­tem w gło­sie, spo­wo­do­wa­nym zarów­no spo­so­bem arty­ku­ło­wa­nia gło­sek, jak i żuciem gumy balo­no­wej. Jest chło­piec z gaze­ta­mi i dzie­cia­ki z żół­te­go szkol­ne­go auto­bu­su.

Afro­ame­ry­ka­nin ze słu­chaw­ka­mi z rapem w uszach splu­nie na chod­nik pod­czas cho­du, któ­ry mógł­by suge­ro­wać, że jed­ną nogę ma krót­szą. Co cie­ka­we raz jest to lewa, a raz pra­wa noga, co zapew­nia buja­ny chód. Nie­wy­so­ka nasto­lat­ka z apa­ra­ci­kiem, sze­ro­ki­mi bio­dra­mi, ple­ca­kiem na ple­cach i kom­plek­sa­mi, pali papie­ro­sa pod highschool’em ze szczu­pły­mi sche­er­li­der­ka­mi.

Oni wszy­scy ist­nie­ją napraw­dę. Codzien­nie pyta­łam ich o dro­gę, samo­po­czu­cie i godzi­nę, mija­łam na uli­cy. Nawet sur­fe­rzy z roz­ja­śnio­ny­mi od słoń­ca loka­mi, ze swo­imi long­bo­ar­da­mi. A ich mija­łam naj­chęt­niej.

A wszy­scy oni, w tych wszyst­kich fil­mach nie są wca­le prze­ry­so­wa­ni. Wymie­nia­ją takie same dia­lo­gi, gło­śno gesty­ku­lu­ją, nie­zręcz­no­ści obra­ca­ją w żart. Napraw­dę co chwi­lę pyta­ją ‘haw are you’. I fak­tycz­nie zawsze „fine, thank you”.

2

Ame­ry­ka­nie mają patent na jedze­nie dużych ham­bur­ge­rów ręko­ma

Kto z nas nie miał pro­ble­mu z jedze­niem ham­bur­ge­ra, któ­ry jest tak wiel­ki, że led­wie mie­ści się w dło­niach. Jedze­nie sztuć­ca­mi, to czy­sta pro­fa­na­cja, ale sała­ta i miąższ z pomi­do­ra na koszu­li, to seria wul­ga­ry­zmów, zwia­stu­ją­ca nad­cho­dzą­ce pra­nie. A co gor­sza (w moim oso­bo­stym ran­kin­gu naj­gor­szych prac domo­wych) roz­wie­sza­nie go.

W San Fran­ci­sco przy­uwa­ży­łam, że Ame­ry­ka­nie zna­leź­li na to zło­ty śro­dek i prze­kra­ja­ją bur­ge­ra na pół, w poprzek buł­ki. Nie brzmi odkryw­czo ale dzia­ła, wie­lo­krot­nie testo­wa­łam, o czym przy­po­mi­na mi w swo­jej bez­czel­no­ści waga łazien­ko­wa. Oka­za­ło się to być prze­pi­sem na suk­ces. Od tej chwi­li, w tym zakre­sie, moje życie jest pięk­niej­sze. A kto osą­dza bur­ge­ro­wych prze­kra­ja­czy, niech pierw­szy rzu­ci bur­ge­rem.

 

3

Ceny poda­wa­ne są bez podat­ków oraz napiw­ku i łącz­nie mogą prze­kro­czyć war­tość zamó­wie­nia

Na puł­kach skle­po­wych i w pozy­cjach menu wszyst­kie ceny poda­wa­ne są w war­to­ści net­to, do któ­rej doli­czyć musi­my poda­tek sta­no­wy (któ­re­go wyso­kość róż­ni się w zależ­no­ści od Sta­nu) oraz napi­wek. Zarob­ki kel­ne­rów są niż­sze niż naj­niż­sza kra­jo­wa, w związ­ku z czym cię­żar utrzy­ma­nia pra­cow­ni­ka prze­rzu­co­ny został na kon­su­men­ta, któ­ry dodat­ko­wo zapła­cić powi­nien tak­że tip w wyso­ko­ści aż 20 % war­to­ści zamó­wie­nia.

Dawa­nie napiw­ków nie jest oczy­wi­ście obo­wiąz­ko­we, jed­nak Ame­ry­ka­nie są eks­per­ta­mi w wymie­nia­niu uśmie­chów na dola­ry. Tipo­wa­nie w wyso­ko­ści niż­szej niż przy­ję­ta odbie­ra­ne jest jako nega­tyw­na oce­na (nawet jeśli jest to np. 15%). Tym­cza­sem poda­wa­nie cen w spo­sób nie­peł­ny wła­ści­cie­le loka­li tłu­ma­czą chę­cią poka­za­nia klien­to­wi kwo­ty, któ­ra real­nie wpły­wa na ich kon­to w związ­ku z trans­ak­cją.

Wybie­ra­jąc się do USA możesz zaba­wić się w kolek­cjo­ne­ra i zbie­rać para­go­ny, a następ­nie oka­zać je a lot­ni­sku wnio­sku­jąc o zwrot ponie­sio­nych kosz­tów podat­ko­wych (TaxFree). Nie doty­czy to jed­nak towa­rów każ­de­go rodza­ju (podob­no poda­tek pono­szo­ny w związ­ku z noc­le­ga­mi nie pod­le­ga zwro­to­wi) a jedy­nie czę­ści zaku­pio­nych pro­duk­tów, na któ­re nało­żo­na może zostać akcy­za oraz pol­ski poda­tek Vat. Po pod­li­cze­niu tych kwot zbie­ra­nie para­go­nów może oka­zać się nie być biz­ne­sem życia.

4

Nale­wa­ki z cia­stem na pancake’i i nie­skoń­czo­na ilość cukru w cukrze

Dobrze zna­nym, komu­ni­ko­wa­nym medial­nie w Euro­pie jest pro­blem cukrzy­cy i oty­ło­ści, będą­cych ame­ry­kań­ską pla­gą. Przed wyjaz­dem do Sta­nów byłam prze­ko­na­na, że jedze­nio­wy kata­klizm powo­du­je tam ist­ną eks­plo­zję komu­ni­ka­tów spo­łecz­nych zachę­ca­ją­cych do zdro­we­go odży­wia­nia. Tym­cza­sem już samo prze­łą­cze­nie kana­łów tele­wi­zyj­nych i wpa­da­nie na kolej­ne pasma reklam wpły­wa nega­tyw­nie na Twój cho­le­ste­rol.

Wszyst­ko dooko­ła, pla­ka­ty, bil­l­bo­ar­dy, opa­ko­wa­nia, szyl­dy, ludzie krzy­czą „zje­dzo to”. Fast Foody wszech­obec­ne są na nie­praw­do­po­dob­ną ska­lę, a każ­dy pro­dukt ma w skła­dzie nie­wy­obra­żal­ny poziom cukru toną­ce­go w tłusz­czu. Szcze­gól­ną uwa­gę zwra­ca­ją towa­ry dostęp­ne na pol­skich pół­kach skle­po­wych, takie jak Prin­gle­sy czy bato­ni­ki Kit­Kat. Nie musisz byc wytraw­nym sło­dy­czo­wym sma­ko­szem, żeby poczuć nie­sa­mo­wi­tą róż­ni­cę.

Stan­dar­dem hote­lo­wych śnia­dań nato­miast, jest auto­mat z cia­stem na pancake’i i wafle (lokal­ne cuda będą­ce skrzy­żo­wa­niem gofrów z pancake’iem), któ­re zja­da sie z nutel­lą lub wyso­ko prze­two­rzo­ny­mi dże­ma­mi.

5

Lewym pasem na auto­stra­dzie możesz jechać tyl­ko, gdy w aucie podró­żu­ją conajm­niej dwie oso­by, ube­ro­wy car-sha­ring i zasa­da „kto pierw­szy ten lep­szy” na skrzy­żo­wa­niach

Mimo sze­ro­kich dróg, któ­re w więk­szych mia­stach mają nawet dzie­sięć pasów w obie stro­ny, Sta­ny zma­ga­ją się z nie­sa­mo­wi­ty­mi kor­ka­mi (pozdro Los Ange­les!) i zbyt dużą ilo­ścią samo­cho­dów. Dla­te­go wła­śnie popu­lar­nym jest roz­wią­za­nie typu „pull”. Pole­ga ono na tym, że lewym pasem auto­stra­dy mogą poru­szać się jedy­nie kie­row­cy, któ­rzy na pokła­dzie swo­je­go auta mają conajm­niej dwie oso­by. Ma to na celu sze­rze­nie idei opty­ma­li­zo­wa­nia ilo­ści aut i wspie­ra­nia tych, któ­rzy do pra­cy na dru­gim koń­cu mia­sta zgar­nął sąsia­da jadą­ce­go w podob­nym kie­run­ku, dzię­ki cze­mu zosta­wi on swo­je auto w domu.

Podob­na regu­ła towa­rzy­szy dzie­lo­ne­mu prze­wo­zo­wi osób (car sha­ring) w Ube­rze oraz kon­ku­ren­cyj­nym Lif­cie, cie­szą­cym się ostat­nio coraz więk­szą sym­pa­tią miej­sco­wych. 

Pra­wo ruchu dro­go­we­go nie prze­wi­du­je zasa­dy pra­wej ręki. Pierw­szeń­stwo na skrzy­żo­wa­niach i ron­dach ma ten, kto pierw­szy do dane­go splo­tu ulic pod­je­dzie. Nie chcia­ła­bym nawet wybra­żać sobie funk­cjo­no­wa­nia tych reguł w pol­skich realiach.

6

Bez­dom­ni, któ­rzy nie piją alko­ho­lu i godzi­na­mi czy­ta­ją książ­ki

W kon­sump­cjo­ni­stycz­nym świe­cie Ronal­da McDo­nal­da sta­ty­sty­ki bez­dom­no­ści są przy­gnia­ta­ją­ce. Już w samej Kali­for­nii aż 120 tysię­cy ludzi żyje na uli­cy. Tyl­ko w Kali­for­nii aż 120 tyś osób nie ma swo­je­go kąta, 60 % z nich żyje mię­dzy par­kiem a chod­ni­kiem, śpiąc na traw­ni­kach i w namio­tach, kra­węż­ni­kiem odgra­dza­jąc się od świa­ta szyb­kich aut z kolo­ro­wy­mi reje­stra­cja­mi.

Mija się ich dosłow­nie wszę­dzie, a ich widok ści­ska za ser­ce i burzy obraz bez­dom­ne­go zako­rze­nio­ny w euro­pej­skich gło­wach.  Nie piją alko­ho­lu. Natu­ral­nym wido­kiem są tu ludzie czy­ta­ją­cy książ­ki w suro­wym świe­tle przy­droż­nej latar­nii, opar­ci o kosz pod­kra­dzio­ny ze skle­pu spo­żyw­cze­go. A w koszu tym mie­ści się całe ich „wszyst­ko”.

*

A czy Wy byli­ście kie­dyś w Sta­nach, czy na razie jesz­cze po pro­stu zna­cie kogoś, kto był? Jak wyglą­da­ją Wasze wyobra­że­nia? A może zdą­ży­li­ście już je zwe­ry­fi­ko­wać odwie­dza­jąc kra­inę pre­zy­den­ta o poma­rań­czo­wym licu? Wysy­łam dużo uści­sków i por­cję bur­ge­ra z fryt­ka­mi w roz­mia­rze XXL. I colę light. Bo w USA nie mają Coli Zero. O, to też zasko­czy­ło mnie w Sta­nach.

Trochę dorosła bo przecież ma męża, a trochę podjada czekoladę w łóżku i nie depcze linii między płytami chodnikowymi. Nałogowo bawi się słowami, fotografuje, śmieje się i podróżuje. Sporo łączy ją z Amelią z francuskiego kina. Głównie pewność, że płyty winylowe robi się jak naleśniki. Kocha planszówki, emocje i słowa. Przyjaciółka adoptowanego psa Lucjana, którego jest po części matką, po części psychofanką. Herbatę pije w nieprzyzwoitych ilościach.

post a comment

Close