Top

JJest takie powie­dze­nie, że coś obcho­dzi nas tyle, co zeszło­rocz­ny śnieg. Myślę sobie, że jest w nim dużo praw­dy. Dla­cze­go ktoś miał­by w ogó­le zasta­na­wiać się nad zeszło­rocz­nym śnie­giem, kie­dy lato jest tak cie­płe jak tego­rocz­ne. Jedy­ne co w takich tem­pe­ra­tu­rach kie­ru­je moje myśli w stro­nę cze­go­kol­wiek mroź­ne­go to gło­sy w gło­wie przy­po­mi­na­ją­ce o tym, że w miesz­ka­niu jest takie pomiesz­cze­nie jak kuch­nia, a w niej zamra­żal­nik, a w nim lody.

Zeszło­rocz­ny śnieg pamię­tam jed­nak dość dobrze. Z trzech powo­dów. Po pierw­sze dla­te­go, że led­wie zmie­ści­łam się w spodnie nar­ciar­skie. Po dru­gie dla­te­go, że fakt zaist­nie­nia powo­du pierw­sze­go wyda­wał mi się absur­dal­ny w kon­tek­ście tego, jak czę­sto musia­łam odśnie­żać samo­chód — no prze­cież to pra­wie fit­ness! A po trze­cie dla­te­go, że gru­dzień był dla nas mie­sią­cem prze­pro­wadz­ki, a nosze­nie kar­to­nów przez hima­la­je śnie­gu jest czymś, cze­go się nie zapo­mi­na.

Przeprowadzka

Był gru­dzień. Za oknem hima­la­je śnie­gu, a w mojej gło­wie hima­la­je szczę­ścia: zamiesz­kam w sta­rej kamie­ni­cy! Dosłow­nie ska­ka­łam pod sufit. I to nie byle jaki! Taki w kamie­ni­cy. Taki trzy­me­tro­wy. Zawsze marzy­łam o tym, by wpro­wa­dzić się do sta­rych murów, ale nie na zawsze.Tak na tro­chę, dłuż­szą chwi­lę. Jak­by miał to być przy­sta­nek przed miej­scem, w któ­rym wybu­du­je­my kie­dyś w koń­cu wła­sne ścia­ny i wpro­wa­dzi­my się do nich ze wszyst­kim tym, co mię­dzy nami budu­je­my codzien­nie.

Nasza kamie­ni­ca jest tak sta­ra, że głu­pio było­by jej śpie­wać sto lat w uro­dzi­ny. Na wszel­ki wypa­dek w miesz­ka­niu w ogó­le nie poka­zu­ję się z tor­tem. I nie, to wca­le nie przez wiecz­ną die­tę i te cho­ler­ne, za małe spodnie nar­ciar­skie..! A przy­naj­mniej nie przy­zna­ję się do tego otwar­cie. A co dopie­ro tak tutaj, na piśmie.

Nasza kamie­ni­ca jest tak sta­ra, że cho­ciaż prze­szła ostat­nio lifting ścian na zle­ce­nie wspól­no­ty, mezo­te­ra­pię kla­tek scho­do­wych i inne poten­cjal­ne pró­by bio­lo­gicz­nej odno­wy, zdra­dza­ją ją zmarszcz­ki popę­ka­nej ele­wa­cji. Po wszyst­kim co prze­ży­ła, musi mieć napraw­dę gru­bą skó­rę, wymu­ro­wa­ną z tej czer­wo­nej cegły. W kil­ku miej­scach moc­no ją pokru­szy­ło Powsta­nie War­szaw­skie.

Pies Lucjan poznaje sąsiada kiedy śnieg pada

Był gru­dzień. Za oknem hima­la­je śnie­gu, a w mojej gło­wie hima­la­je szczę­ścia: wła­śnie prze­pro­wa­dza­my się do sta­rej kamie­ni­cy! A na doda­tek zaraz zro­bi­my to, co ratu­je wszyst­kich dźwi­ga­czy prze­pro­wadz­ko­wych kar­to­nów świa­ta od śmier­ci gło­do­wej — zamó­wi­my piz­zę. Piz­za poten­cjal­nie może być rów­nież powo­dem, dla któ­re­go nie­któ­rym zda­rza się cza­sa­mi nie mie­ścić w spodnie nar­ciar­skie, ale to już temat na osob­ny felie­ton.

Gdzieś mię­dzy pierw­szym kawał­kiem pep­pe­ro­ni na wynos a roz­pla­no­wy­wa­niem tego na któ­rym rega­le uło­żyć książ­ki a w któ­rej szaf­ce tale­rze, zało­ży­łam na sie­bie zimo­wy płaszcz i wybra­łam się na spa­cer z Psem Lucja­nem. Bo pies Lucjan (aktu­al­nie nasz jedy­ny poto­mek) oczy­wi­ście prze­pro­wa­dzał się z nami.

Bywa róż­nie mię­dzy Psem Lucja­nem a inny­mi psa­mi.

Cho­ciaż prze­waż­nie jest abso­lut­nie towa­rzy­ski i roz­kosz­ny, bywa że na widok nie­któ­rych czwo­ro­no­gów budzi się w nim ist­ny rot­twe­iler. A wła­ści­wie taki z nie­go bar­dziej ”rot­twe­iler gawę­dziarz” - krzyw­dy nie zro­bi, ale chęt­nie obszcze­ka.

W każ­dym razie, wyglą­da to raczej zabaw­nie, ponie­waż wzro­stem nie się­ga nawet do kolan, wyglą­dem przy­po­mi­na­jąc nato­miast jakąś nie­ist­nie­ją­cą rasę. Bo jest psem rasy Lucjan, swo­jej wła­snej. Coś mię­dzy jam­ni­kiem / kotem / niedź­wie­dziem oraz auto­bu­sem prze­gu­bo­wym. Przy kun­del­kach ze schro­ni­ska wszyst­ko jest moż­li­we.

*

Kie­dy zeszłam z Psem Lucja­nem na patio kamie­ni­cy było już ciem­no. Zimo­wy wie­czór. Śnieg pru­szył i bez­dusz­nie przy­kry­wał pie­rzy­ną bia­łe­go puchu szy­by cia­sno zapar­ko­wa­nych aut

- zero lito­ści dla nie­szczę­śni­ków na nie­od­płat­nych usłu­gach samo­cho­do­wej skro­baczki- pomy­śla­łam.

Zimo­wy wie­czór. Osie­dlo­wa cisza noc­na, prze­ry­wa­na tyl­ko stłu­mio­nym dźwię­kiem zwar­cia elek­trycz­ne­go w przy­droż­nej latar­ni. Pul­su­ją­cy w szkla­nym klo­szu zawie­szo­nym nad uli­cą dźwięk, oka­zał się być jed­nak tyl­ko sup­por­tem przed praw­dzi­wym nisz­czy­cie­lem bez­gło­śnej pra­wie już nocy- psem Lucja­nem.  Zarys star­sze­go męż­czy­zny z pie­skiem wcho­dzą­cych na patio przez wąską bra­mę uru­cho­mił w Lucja­nie psi tryb awa­ryj­ny: funk­cję ostrze­gaw­cze­go szcze­ka­nia.

Star­szy Pan jed­nak uśmiech­nął się tyl­ko. Było już na tyle ciem­no, że w pierw­szej chwi­li nie widzia­łam go zbyt dokład­nie. Deli­kat­ne świa­tło latar­ni oświe­tla­ło jego siwe wło­sy i spa­da­ją­ce z nie­ba płat­ki gru­dnio­we­go śnie­gu. Gra­wi­ta­cja wyda­wa­ła się przy­cią­gać je tak sła­bo, jak­by hamo­wa­ło je w locie zmro­żo­ne powie­trze. Opa­da­ły lek­ko by w koń­cu zatrzy­mać się na jego bla­dej twa­rzy, któ­rą prze­ci­na­ły cien­kie linie zmarsz­czek. Jego jasna cera była jak lodo­wi­sko, któ­re ostry­mi pło­za­mi upły­wa­ją­cych lat zary­so­wał czas.

Poczu­łam, że jego spoj­rze­nie jest cie­płe, ale wyda­je się też kryć jakąś tajem­ni­cę. Wte­dy jed­nak jesz­cze nie wie­dzia­łam, że nie­dłu­go ją poznam.

Parapet w naszej kamienicy

Był gru­dzień. Za oknem hima­la­je śnie­gu, a w mojej gło­wie hima­la­je szczę­ścia: wpro­wa­dzi­li­śmy się wła­śnie do sta­rej kamie­ni­cy!

Wszyst­ko jak zawsze zro­bi­ło się samo. Star­ły się kurze. Odku­rzy­ły pod­ło­gi. Zasło­ny zawie­si­ły się w oknach by lepiej się przyj­rzeć oko­li­cy. Będą mia­ły co rano dobry widok na mnie odśnie­ża­ją­cą auto w akom­pa­nia­men­cie blu­zgów. Oczy­wi­ście mam na myśli asor­ty­ment blu­zgów o natę­że­niu deli­kat­nym, jak przy­sta­ło na damę: same moty­le nogi, o żesz kur­cza, niech to szla­gi i inne do dia­ski. Soczy­ste *o kur­wa* zosta­wiam sobie na sytu­acje szcze­gól­ne i awa­ryj­ne. Jak przy­sta­ło na damę.

Książ­ki zaję­ły już swo­je miej­sca, zare­zer­wo­wa­ły sobie pół­ki moje swe­try z wisko­zy i jego kra­cia­ste koszu­le. Poukła­da­ły się jakoś wszyst­kie spra­wy: tale­rze nad bla­tem, garn­ki w szaf­ce jeden w dru­gi. Żarów­ki naj­pierw się wykrę­ca­ły, ale szyb­ko i je oświe­ci­ło. Wpro­wa­dzi­li­śmy się do sta­rej kamie­ni­cy!

Został nam tyl­ko jeden kar­ton, a w nim sta­re pły­ty, któ­re posta­no­wi­li­śmy wysłać do piw­ni­cy na przy­mu­so­wy urlop.

*

Zej­ście do piw­ni­cy w naszej kamie­ni­cy znaj­du­je się w klat­ce obok. Kar­ton nie był cięż­ki, bez pro­ble­mu więc posta­no­wi­łam znieść go sama.

Sąsied­nia klat­ka wyda­wa­ła mi się pach­nieć jakoś ina­czej niż nasza, ale posadz­kę mia­ła iden­tycz­ną, w sza­chow­ni­cę. Wra­ca­jąc poroz­glą­da­łam się tam jesz­cze chwi­lę. Barier­ki kute ze sta­li. Ścia­ny nie­daw­no malo­wa­ne całe na bia­ło. I tyl­ko jed­na rzecz róż­ni­ła się naj­bar­dziej: para­pet.

Na para­pe­cie duże­go okna leża­ły obok sie­bie czar­no-bia­łe zdję­cia mło­dych chłop­ców i mło­dych dziew­czy­nek z fla­ga­mi na ramio­nach. Dzie­ci ubra­nych w mun­dur­ki ale nie­ste­ty nie szkol­ne; dzie­ci dźwi­ga­ją­cych kara­bi­ny. To zdję­cia Powstań­ców. A na nich dopi­ski: Karol M. pseu­do­nim Wiatr, miesz­kał w miesz­ka­niu numer 32 w naszej kamie­ni­cy, Zosia C.- łącz­nicz­ka- pseu­do­nim Jadź­ka, miesz­ka­ła pod nume­rem 4.

Następny dzień rano

Następ­ne­go dnia rano wyszłam na spa­cer z psem Lucja­nem. Naszą kamie­ni­cę ota­cza­ła poli­cja, dwie karet­ki, dwie stra­że pożar­ne, kil­ku panów w komi­niar­kach i kil­ku cie­kaw­skich sąsia­dów. Patio ogro­dzo­no czer­wo­ną taśmą, a Pies Lucjan w ogó­le nie szcze­kał.

- Nie­ste­ty nie może­my udzie­lić Pań­stwu żad­nych infor­ma­cji. Trwa­ją pra­ce ope­ra­cyj­ne poli­cji.

*

Wie­czo­rem wybra­łam się na kolej­ny spa­cer i poran­ne zamie­sza­nie na patio nie dawa­ło mi o sobie zapo­mnieć. Kie­dy wra­ca­łam byłam tro­chę roz­tar­gnio­na i zamiast do naszej klat­ki, weszłam do klat­ki obok. Na pię­trze, na któ­rym znaj­du­je się para­pet ze zdję­cia­mi, drzwi do jed­ne­go z miesz­kań były otwar­te. Leża­ły w nich zwi­nię­te w rulon dywa­ny.

Weszłam do domu. Nakar­mi­łam psa Lucja­na i nala­łam sobie kie­li­szek czer­wo­ne­go wina. Zasło­ny w oknach przy­sła­nia­ły lek­ko gapią­cy się na mnie przez szy­bę okrą­gły jak piz­za księ­życ. Unio­słam pokry­wę lap­to­pa, włą­czy­łam wyszu­ki­war­kę i wystu­ka­łam kolej­no adre­sy war­szaw­skich por­ta­li infor­ma­cyj­nych aż w koń­cu tra­fi­łam na frag­ment, któ­ry prze­czy­ta­łam na głos:

dziś rano w sta­rej kamie­ni­cy przy uli­cy X zmarł dzie­więć­dzie­się­cio­let­ni męż­czy­zna, Powsta­niec War­szaw­ski. Pod­czas porząd­ko­wa­nia rze­czy w jego piw­ni­cy zna­le­zio­no pocisk prze­ciw­pan­cer­ny z cza­sów Dru­giej Woj­ny Świa­to­wej. Ładu­nek roz­bro­jo­ny został przez dwu­dzie­stu sape­rów w asy­ście poli­cji, karet­ki oraz stra­ży pożar­nej. Sytu­acja zosta­ła opa­no­wa­na. 

*

I chy­ba daw­no nic nie poru­szy­ło mnie tak bar­dzo jak zwi­nię­te w rulon dywa­ny.

Bye gor­ge­ous, stay awe­so­me!

From Ola Poems with love.

*Histo­ria praw­dzi­wa. Pseu­do­ni­my Powstań­ców War­szaw­skich na potrze­by tek­stu zmie­ni­łam.  

Trochę dorosła bo przecież ma męża, a trochę podjada czekoladę w łóżku i nie depcze linii między płytami chodnikowymi. Nałogowo bawi się słowami, fotografuje, śmieje się i podróżuje. Sporo łączy ją z Amelią z francuskiego kina. Głównie pewność, że płyty winylowe robi się jak naleśniki. Kocha planszówki, emocje i słowa. Przyjaciółka adoptowanego psa Lucjana, którego jest po części matką, po części psychofanką. Herbatę pije w nieprzyzwoitych ilościach.

Comments:

  • Październik 22, 2018

    Napraw­dę nie­sa­mo­wi­ta histo­ria. Aż ogar­nia nostal­gia. Mnie oso­bi­ście dopa­dły mysli, że szko­da że nie zdą­ży­łaś poznać tego pana, może pozna­la­bys jakieś nie­sa­mo­wi­te histo­rie. Ja tak strasz­nie żału­ję, że nie zapi­sy­wa­łam sobie, a teraz nie pamię­tam total­nie nic, histo­rii moich pra­dziad­ków (dzia­dziuś 94 a bab­cia pra­wie 101) któ­re tak czę­sto mi opo­wia­da­li. Było­by co opi­sy­wać.
    Super ?

    reply...
  • Październik 23, 2018

    Powsta­nie War­szaw­skie zawsze wywo­łu­je u mnie wzru­sze­nie, a na Two­jej histo­rii pocie­kły mi łzy. Powstań­cy mają tak wie­le do powie­dze­nia, a coraz mniej ich jest.

    reply...
  • Październik 23, 2018

    Jeeej, fan­ta­stycz­na histo­ria. Chęt­nie bym zamiesz­ka­ła w takim miesz­ka­niu. :)
    Pozdra­wiam cie­plut­ko.

    reply...
  • Październik 23, 2018

    :)

    reply...

post a comment

Close