Top

TTo o czym marzysz jest jak cukier: na tyle słod­kie, żeby śnić o tym po nocach i na tyle syp­kie, by czuć jak ucie­ka nam przez pal­ce. Rzecz w tym, aby cały ten bia­ły pył prze­ro­bić na kar­mel.

Nie­stwo­rzo­ne reak­cje i myśli uak­tyw­nia­ją się u osób będą­cych na die­cie. Może to być ner­wo­we prze­łą­cza­nie kana­łu tele­wi­zo­ra pod­czas rekla­my nutel­li albo kosz­mar o ucie­ka­niu przed bez­owym tor­tem prze­kła­da­nym owo­ca­mi. Kosz­mar niby o uciecz­ce, ale takiej w zwol­nio­nym tem­pie. Sce­na fil­mo­wa. Kome­dio­dra­mat. Do muzy­ki Gre­ka Zor­by. Cho­ciaż w jej ryt­mie powin­no się ucie­kać raczej przed tłu­stym keba­bem na cien­kim cie­ście niż przed słod­kim dese­rem.

Za porów­na­nie marzeń do cukru obwi­niam fakt, że od stycz­nia jestem na die­cie. Mogę więc meta­fo­rycz­nie napi­sać, że ucie­kam przed tor­tem. Takim ogrom­nym, bez­owym prze­kła­dań­cem. Wiel­kim, pysz­nym i prze­ra­ża­ją­cym kilo­gra­my liczą­cych. Od pira­mi­dy śmie­ta­ny, masła i cukru strasz­niej­sza jest w tej wizji jedy­nie wyko­na­na z tanie­go pla­sti­ku figur­ka rodem z tor­tów wesel­nych, wbi­ta w kre­mo­wą masę na jego szczy­cie. Tym strasz­niej­sza, że nie przed­sta­wia syl­we­tek pary mło­dej- a mnie, kie­dy na die­cie jesz­cze nie jestem. Życie.

A więc niczym praw­dzi­wy twór­ca inter­ne­to­wy piszę tekst spon­so­ro­wa­ny, któ­re­go fun­da­to­rem jest niski poziom glu­ko­zy w orga­ni­zmie. A ja dziś wła­śnie o niej, czy­li ina­czej: o cukrze. Tak słod­kim jak nasze marze­nia. Tak syp­kim, że czuć jak ucie­ka przez pal­ce.

 

Prosty przepis na sukces

cukier + dzia­ła­nie (tem­pe­ra­tu­ry) = kar­mel

marze­nia + dzia­ła­nie (nasza pra­ca)  = zre­ali­zo­wa­ny cel

Cukier, któ­ry na potrze­by felie­to­nu poka­zu­je ulot­ność naszych marzeń, ma pew­ną wyjąt­ko­wą wła­ści­wość. Pod­da­ny dzia­ła­niu wyso­kiej tem­pe­ra­tu­ry zamie­nia się w kar­mel.

Wyobra­żam sobie, że kar­mel ten to nasz suk­ces. W rozu­mie­niu dowol­ne­go, zre­ali­zo­wa­ne­go przez nas celu.

Aby go otrzy­mać (czy­li zre­ali­zo­wać cel) musi­my zadzia­łać na cukier (czy­li nasze marze­nia). A sło­wo zadzia­łać nie jest tu przy­pad­ko­we: bo by reali­zo­wać cele, dzia­łać musi­my. Wyko­ny­wać małe kro­ki, któ­re nas do tego celu zapro­wa­dzą, by póź­niej kąpać się w jesz­cze cie­płej, kar­me­lo­wej pole­wie. I może być to nawet kąpiel z bąbel­ka­mi pocho­dzą­cy­mi z szam­pa­na, któ­re­go sobie do niej dole­wa­my. W koń­cu wła­śnie odnie­śli­śmy zwy­cię­stwo w mozol­nej roz­gryw­ce o szczę­ście. Może­my przy­znać sobie puchar.*

*Ze wszyst­kich dostęp­nych na świe­cie pucha­rów reko­men­du­ję pucha­rek lodów cze­ko­la­do­wych.

 

Tymczasem na backstage’u spełnionego marzenia

W pie­kar­ni­ku speł­nio­ne­go przez nas marze­nia sty­gnie wła­śnie nowo­na­ro­dzo­ne cia­sto z kar­me­lem. Kie­dy już prze­drze­my się przez sto­sy poroz­rzu­ca­nych w przy­bru­dzo­nej kuch­ni garn­ków, może­my przyj­rzeć mu się z bli­ska.

Otwie­ra­my powo­li roz­grza­ne drzwicz­ki przy pomo­cy kuchen­nej ręka­wicz­ki. Gęsty dym i znie­wa­la­ją­co słod­k0-gorz­ki zapach lek­ko przy­pa­lo­nej bla­chy do pie­cze­nia szyb­ko wypeł­nia­ją całą prze­strzeń pomiesz­cze­nia, nie mogąc się nadzi­wić jak wiel­ki panu­je tu roz­pier­dol.

Drzwi od pie­kar­ni­ka są już otwar­te, a my uśmie­cha­my się zło­wiesz­czo do jego tym­cza­so­we­go loka­to­ra — cia­sta z kar­me­lem — i zanu­rza­my w  nim meta­lo­wą łyżecz­kę. Taką śred­niej wiel­ko­ści sta­ty­stycz­ne­go gry­za. Nie za dużo. Tro­szecz­kę.

Już wyobra­ża­my sobie jak zaraz będzie słod­ko, poezję sma­ku porów­ny­wal­ną z piz­zą albo szar­lot­ką. Mija­ją set­ne sekun­dy odkąd zdą­ża­my spró­bo­wać, a pod­nie­bie­nie zaraz zacznie nam dosłow­nie eks­plo­do­wać. Słod­kość na począt­ku. Ale nagle, powo­li zaczy­na­my czuć grud­ki gru­bo­ziar­ni­stej soli. Wyrzu­ca to nas w kosmos gwiazd­ko­wych restau­ra­cji, liczy­li­śmy na sło­dycz, a nie mie­li­śmy racji! Bo to co wypra­wi­ło nas w podróż sma­ko­wo-nukle­ar­ną, to ta sło­ność pod koniec gry­za i gru­bej soli ziar­no.

 

Słodki karmel najlepiej smakuje na słono.

Tak samo, jak odniesiony sukces.

Magicz­ny, sekret­ny skład­nik nasze­go dese­ru, to sól. W snu­tych prze­ze mnie na kalo­rycz­nym gło­dzie ana­li­zach może­my zało­żyć, że ktoś zakradł się do kuch­ni i dosy­pał nam zło­śli­wie kil­ka czu­ba­tych łyżek. Tro­chę jak życie, któ­re z zasko­cze­nia pod­rzu­ca nam pod nogi drew­nia­ne pola­no wąt­pli­wo­ści, w słow­ni­kach fra­ze­olo­gicz­nych nazy­wa­ne po pro­stu kło­dą, któ­rą naj­chęt­niej spa­li­li­by­śmy na przy­sło­wio­wym sto­sie.

Sól to ale­go­ria tru­dów i pora­żek, czy­li wszyst­kich prze­szkód, któ­re musi­my poko­nać. Z jed­nej stro­ny są one nor­mal­nym ele­men­tem życia, z dru­giej jed­nak wybo­ja­mi zmie­nia­ją­cy­mi naj­prost­szą pozor­nie dro­gę w ist­ny offro­ad, wybo­iste pastwi­sko dla zabło­co­nych Land Rove­rów pra­gnień. Jed­nak poza jaz­dą bez trzy­man­ki i obo­la­łym od upa­da­nia tył­kiem, zmar­twie­nia, pro­ble­my i wąt­pli­wo­ści dają nam na koniec coś wię­cej: doświad­cze­nie, wie­dzę, naukę na błę­dach i satys­fak­cję. I to wła­śnie one sma­ku­ją naj­le­piej, kie­dy już nasze sta­ra­nia prze­żu­ją nas, prze­mie­lą i wyplu­ją. A my leży­my na kuchen­nej posadz­ce, jak­by ktoś nas samych wyjął wła­śnie z blen­de­ra kie­li­cho­we­go, trzy­ma­jąc w dło­ni kie­lich roz­ga­zo­wa­ne­go od cze­ka­nia na ten cho­ler­ny suk­ces szam­pa­na.

 

Badania psychologiczne o stanie umysłu

w kontekście porażek i trudności

W toku moich roz­my­ślań o zabar­wie­niu kuli­nar­nym tra­fi­łam na bar­dzo cie­ka­we bada­nie, prze­pro­wa­dzo­ne przez Panią psy­cho­log Carol Dweck. Wyni­ka z nie­go, że ludzi może­my podzie­lić na dwie gru­py pod wzglę­dem reak­cji na trud­no­ści i poraż­ki. Pierw­sza z nich cha­rak­te­ry­zu­je się nasta­wie­niem na roz­wój, dru­ga nato­miast oba­wia się trud­nych sytu­acji, nie wie­dząc nawet czę­sto co dokład­nie budzi u jej repre­zen­tat­nów nie­po­kój. Pod płasz­czy­kiem stra­chu przed kry­ty­ką lub nie­po­wo­dze­niem kry­je się nie tyle oba­wa przed kon­se­kwen­cja­mi w posta­ci jakie­goś nega­tyw­ne­go zda­rze­nia, a lęk przed tym, że ucier­pi nasza samo­oce­na, któ­ra mru­czy nam do ucha, że jeste­śmy za mało zdol­ni. Że nie mamy talen­tu.

Pani Dweck prze­ana­li­zo­wa­ła reak­cje uczniów szkół na napo­ty­ka­ne trud­no­ści. Zaob­ser­wo­wa­ła, że zacho­wa­nia dzie­ci były skraj­nie róż­ne: jed­ne mobi­li­zo­wa­ły się do dal­sze­go dzia­ła­nia i wyka­zy­wa­ły chęć popra­wy, inne czu­ły się bez­rad­ne, zagu­bio­ne i popa­da­ły w bez­na­dzie­ję. Doszła do wnio­sków, że powsta­łe w psy­chi­kach bada­nych odczu­cia wyni­ka­ły z tego, jak postrze­ga­ją oni talent i inte­li­gen­cję. Ci, któ­rzy na trud­no­ści odpo­wia­da­li bez­rad­no­ścią tkwi­li w prze­ko­na­niu, że talent i inte­li­gen­cja są sta­ły­mi para­me­tra­mi z któ­ry­mi rodzi się czło­wiek: uta­len­to­wa­ny lub nie, inte­li­gent­ny bar­dziej albo mniej. Inni za to postrze­ga­li inte­li­gen­cję jako zależ­ną od wła­snych dzia­łań i pra­cy, któ­rą inwe­stu­je się w pod­nie­sie­nie inte­lek­tu­al­nych kom­pe­ten­cji, przez co mobi­li­zo­wa­li się, żeby coś popra­wić i zmie­nić.

Wyni­ki badań oka­za­ły się zapro­wa­dzić Panią Dweck do wnio­sków, że ana­lo­gicz­ne reak­cje mona zaob­ser­wo­wać w świe­cie doro­słych, a ich umy­sły podzie­lić na dwa rodza­je: growth mind­set (umysł nasta­wio­ny na roz­wój, któ­ry w sytu­acji kry­zy­so­wej wyko­nu­je pra­cę i ana­li­zu­je popeł­nio­ne błę­dy) oraz fixed mind­set (umysł nasta­wio­ny na sta­łość, któ­ry w pro­ble­ma­tycz­nym momen­cie wywo­łu­je poczu­cie bez­rad­no­ści i para­li­żu­je).

 

Czy stan umysłu można zmienić?

Na szczę­ście bada­nie zakoń­czy­ło się wnio­ska­mi, że jeśli tyl­ko chce­my i wło­ży­my w to dużo pra­cy, stan umy­słu moż­na zmie­nić. I cho­ciaż prze­waż­nie mam ocho­tę pod­pi­sać się pod pety­cją o zde­le­ga­li­zo­wa­nie wszyst­kie­go, co nosi zna­mio­na coachin­gu, ostat­ni rok jest dla mnie nie­sa­mo­wi­cie prze­ło­mo­wy i inten­syw­ny… i wła­ści­wie mogę powie­dzieć, że cho­ciaż przede mną jesz­cze dłu­ga dro­ga, mój umysł moc­no się już prze­for­ma­to­wał.

Przy ogrom­nej ilo­ści zmian, któ­re wpro­wa­dzam w swo­je życie mam wra­że­nie, jak­bym nie sie­dzia­ła teraz wca­le przy biur­ku, tyl­ko w jakiejś samo­ob­słu­go­wej pral­ni, wrzu­ca­jąc maleń­kie żeto­ny do wiel­kich maszyn z bla­sza­ny­mi bęb­na­mi, naprze­mien­nie fun­du­jąc sobie pra­nie mózgu i sama sobie susząc gło­wę w jakiejś dusz­nej pral­ko­su­szar­ce.

A kie­dy tyl­ko wycho­dzę z pral­ni, prze­miesz­czam się do kuch­ni. Prze­dzie­ram się przez sto­sy brud­nych garn­ków, sta­ję przy kuchen­nym bla­cie i prze­ra­biam cukier na kar­mel.

Cze­kam aż coś zno­wu syp­nie mi sól w oczy, jakiś pro­blem ponow­nie mnie w tej kuch­ni zasko­czy

i cho­ciaż będę nad tym garn­kiem wal­czy­ła, aż mi pasja pozwo­li

mar­twi mnie, że sło­ny kar­mel moż­na prze­cież prze­so­lić.

Bye gor­ge­ous, stay awe­so­me!

From Ola Poems with love.

__________________________________________________

Cudow­nie Cię widzieć w moim uczu­cio­wo-saty­rycz­nym świe­cie! ? Roz­gość się i poczuj jak u sie­bie, przy winie albo her­ba­cie:

- może masz ocho­tę zer­k­nąć na naj­bar­dziej lubia­ny tekst na blo­gu? Klik­nij: tutaj

- jeśli czu­jesz, że chciał­byś podzie­lić się z kimś tym lub innym tek­stem, lub masz ocho­tę czy­tać podob­ne felie­to­ny czę­ściej, śmia­ło polub lub udo­stęp­nij

- jestem nie­sa­mo­wi­cie cie­ka­wa Two­je­go zda­nia i będzie mi nie­przy­zwo­icie miło jeśli zosta­wisz po sobie kil­ka słów w komen­ta­rzu. Możesz rów­nież komen­to­wać jako gość, okien­ko do wybra­nia tej opcji powin­no wyświe­tlić się po wpi­sa­niu maila. Jeśli chciał­byś się tek­stem podzie­lić, śmia­ło polub lub udo­stęp­nij. 

- aaa pra­wie zapo­mnia­łam o moim insta­gra­mo­wym­won­der­lan­dzie- tam jest mnie naj­wię­cej, insta­gram czyn­ny całą dobę: tutaj.

Ści­skam Cie­pło, Ola.

Trochę dorosła bo przecież ma męża, a trochę podjada czekoladę w łóżku i nie depcze linii między płytami chodnikowymi. Nałogowo bawi się słowami, fotografuje, śmieje się i podróżuje. Sporo łączy ją z Amelią z francuskiego kina. Głównie pewność, że płyty winylowe robi się jak naleśniki. Kocha planszówki, emocje i słowa. Przyjaciółka adoptowanego psa Lucjana, którego jest po części matką, po części psychofanką. Herbatę pije w nieprzyzwoitych ilościach.

Comments:

  • Maj 23, 2018

    Ach Olcia! Sie­dzę sobie z kawą i nagle myśl ‘zaj­rzę do poem­sów­ny’ i jest nowy tekst. Wiesz, że ja Cie­bie zawsze postrze­ga­łam jako dziew­czy­nę, któ­ra nie boi się pora­żek i tak moc­no bie­rze za rogi życie i wyci­ska jak tą przy­sło­wio­wą cytry­nę? W ogó­le jest kil­ka dziew­czyn któ­re dla mnie są mega inspi­ru­ją­ce a w tym małym ale zacnym gro­nie, jesteś Ty. Ja mam ostat­nio dużo na gło­wie, mnó­stwo pla­nów, kil­ka zaczę­tych a nie­do­koń­czo­nych pro­jek­tów. Mam napi­sa­ne posty, któ­rych może nigdy nie opu­bli­ku­ję. Chcę coś zro­bić ale nie wiem co i naj­gor­sze nie wiem jak się za to zabrać. No kry­zys jak nic. A naj­gor­sze jest to, że zagry­złam smut­ki nale­śni­kiem. Dobra, zagry­złam nale­śni­ka­mi bo było ich kil­ka:) Aku­rat tekst wpa­so­wał się w stan moje­go umy­słu i żołądka:D :*

    reply...
    • Maj 25, 2018

      Hej Moni! :) Dzię­ku­ję Ci naj­pięk­niej za tak prze­ogrom­nie miłe sło­wa!! A widzisz, a ja tym­cza­sem jestem total­nym, wąt­pią­cym w sie­bie czę­sto wraż­liw­cem… ale przy­kry­wam to dystan­sem i poczu­ciem humo­ru..! :P Jak ja dobrze rozu­miem taki kry­zys, że chcesz tyle robić, a jed­no­cze­śnie nie do koń­ca wiesz w któ­rym iść kie­run­ku… ech, nic tyl­ko nale­śnik może pomóc!!! :D :* A raczej nale­śni­ki!!! Uści­ski!

      reply...
      • Maj 27, 2018

        Aj Olcia, i ja jestem wraż­liw­cem. Nawet naj­mniej­sza uwa­ga potra­fi mnie roz­ko­ja­rzyć i wte­dy moja samo­oce­na idzie w las… Mi dystan­su do sie­bie nie bra­ku­je, ale dystans do tego co sądzą inni, to zupeł­nie inna spra­wa. Mam nadzie­ję, że znaj­dziesz odro­bi­nę cza­su na odpo­czy­nek w tym mega inten­syw­nym weekendzie<3 Ści­skam:*

        reply...
    • Maj 25, 2018

      Aaaaach i jesz­cze muszę napi­sać! Okre­śle­nie “poem­sów­na” made my day!! <3 <3 <3 :* : :* prze­uro­cze!

      reply...
  • Maj 23, 2018

    W cią­gu ostat­nich osiem­na­stu lat moje marze­nia zakre­śli­ły krąg w codzien­no­ści: mieć dach nad gło­wą, sta­ły dochód i brak zmar­twień. Moje wyobra­że­nia o życiu w przy­szło­ści w wie­ku dwu­dzie­stu lat roz­mi­nę­ły się z teraź­niej­szo­ścią. Ponio­słam nie­jed­ną poraż­kę może już czas na zmia­nę sta­nu umy­słu? Pięk­ny tekst Ola:)

    reply...
    • Maj 26, 2018

      Syl­wia, dzię­ku­ję Ci! :) Za miłe sło­wa i za to, że bywasz tu i czy­tasz… bar­dzo dużo to dla mnie zna­czy! <3
      Jak tak sobie przy­po­mnę moje daw­ne marze­nia… też były zupeł­nie inne. Czas nie­wia­ry­god­nie wszyst­ko zmie­nia.
      Ale myślę, że nigdy nie jest za póź­no by w tym sta­nie umy­słu tro­chę zamie­szać… :) Pozdro­wie­nia!

      reply...

post a comment

Close