Top

Marze­nie o prze­je­cha­niu kul­to­wą dro­gą Route 66 było jed­nym z pierw­szych, o któ­rym odwa­ży­łam się śnić. Cho­ciaż podob­nych mia­łam póź­niej wie­le, to od zawsze było dla mnie wyjąt­ko­we, bo marze­nia tak juz mają, że sma­ku­ją lepiej jeśli je z kimś dzie­lisz. A ja z kimś je wła­śnie dzie­li­łam.

Kie­dy mię­dzy sna­mi o lata­niu a kosz­ma­ra­mi o matu­rze w mojej gło­wie bur­cza­ły sil­ni­ki sta­rych aut, w gło­wie dru­giej dziew­czy­ny miesz­ka­ją­cej za pło­tem wyświe­tla­ły się pro­jek­cje ame­ry­kań­skich pro­duk­cji, któ­re wcze­śniej wspól­nie oglą­da­ły­śmy przed snem. U mnie, albo u niej. Zapach popcor­nu z mikro­fa­lów­ki zle­wał nam się z kar­da­mi kul­to­wych scen, któ­re w fil­mach dro­gi prze­siąk­nię­te były ben­zy­ną. Cho­ciaż nie pali­ły­śmy papie­ro­sów Ona któ­re­goś razu napi­sa­ła (a jest w pisa­niu okrut­nie uta­len­to­wa­na i od zawsze to uwiel­bia­ła), że kie­dyś leżąc na masce auta będzie­my palić Ciga­ret­tes, któ­rych dym przy­sło­ni wszyst­kie gwiaz­do­zbio­ry.

Wyobra­ża­ły­śmy sobie, że jeste­śmy jak Thel­ma i Louise. Może w prze­ci­wień­stwie do nich nie musia­ły­by­śmy od razu wpa­dać w tara­pa­ty i zabi­jać czło­wie­ka, ale mogły­by­śmy mieć wiel­kie prze­ciw­sło­necz­ne oku­la­ry na nosach i błę­kit­ne­go Cadil­la­ca.

Od cza­su wspól­nych sean­sów wie­czor­nych i rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej nasze let­nie sukien­ki przy­tu­la­ły się przez płot na przy­wi­ta­nie minę­ło spo­ro lat. Ale cały czas w środ­ku jeste­śmy tymi samy­mi dziew­czy­na­mi. Ja, z tym moim nie­dep­ta­niem linii mię­dzy chod­ni­ko­wy­mi pły­ta­mi i Ona, jeż­dżą­ca do pra­cy w tramp­kach i na long­bo­ar­dzie. Cho­ciaż sama ma już w domu taką  swo­ją dziew­czyn­kę, któ­ra nie­dłu­go zacznie śnić podob­ne sny.

Na ame­ry­kań­ski road trip nie wybra­łam się nie z Nią, ale z Uko­cha­nym. Poko­nu­jąc For­dem Mustan­giem tę nie­sa­mo­wi­tą tra­sę, mija­jąc nie­czyn­ne sta­cje ben­zy­no­we i opusz­czo­ne na pobo­czach Cadillac’i myśla­łam o niej tak bar­dzo, że momen­ta­mi mia­łam ocho­tę kupić w przy­droż­nym barze pacz­kę fajek i pole­żeć na masce gapiąc się w nie­bo, kie­dy sil­nik już tro­chę osty­gnie.

Dla­cze­go Route 66 jest kul­to­wa?

Zna­le­zie­nie się na Route 66 jest jak prze­nie­sie­nie się w cza­sie do sta­re­go, ame­ry­kań­skie­go fil­mu. Wszyst­ko wyda­je się tu być ele­men­tem sce­no­gra­fii: opusz­czo­ne wra­ki kolo­ro­wych aut na pobo­czach, poroz­rzu­ca­ne sta­cje ben­zy­no­we z bla­sza­ny­mi tablicz­ka­mi przy­bi­ty­mi do ścian gwoźdź­mi nie­oszczę­dzo­ny­mi przez rdzę. Puste przy­droż­ne bary, w któ­rych od lat nikt nie zamó­wił drin­ka i nie wrzu­cił mone­ty do sza­fy gra­ją­cej. Kak­tu­sy, któ­re widzia­ły nie­jed­ne­go kow­bo­ja i to cie­płe, topią­ce asfalt słoń­ce.

W latach 30tych kul­to­wa dro­ga roz­prze­strze­nia­ła się od Chi­ca­go aż po Los Ange­les, łącząc po dro­dze aż osiem Sta­nów. Jest jed­nak jeden Stan dla któ­re­go mia­ła ona naj­więk­sze zna­cze­nie: Stan umy­słu. Przez lata wybit­ne oso­bo­wo­ści czer­pa­ły inspi­ra­cję z jej nie­po­wta­rzal­ne­go kli­ma­tu i zwią­za­nych z nią tajem­ni­czych opo­wie­ści. O niej śpie­wa­li Rol­ling Stones’i, krę­ci­ły fil­my całe eki­py wybit­nych reży­se­rów z naj­lep­szy­mi obsa­da­mi, na pod­sta­wie naj­lep­szych sce­na­riu­szy.

Dziś ofi­cjal­nie Route 66 nie ist­nie­je. Utra­ci­ła sta­tus auto­stra­dy ustę­pu­jąc nowo­cze­snym, sze­ro­kim dro­gom o wie­lu pasach. Wcze­śniej jed­nak, była szla­kiem napły­wu ogrom­nych grup imi­gran­tów do Kali­for­nii. W natu­ral­ny spo­sób powsta­wać zaczę­ły więc wokół niej przy­droż­ne mote­le, sta­je ben­zy­no­we, bary, warsz­ta­ty i osa­dy, któ­re przez całe lata tęt­ni­ły życiem. Zmy­cie Route 66 z map ame­ry­kań­skich auto­strad oka­za­ło się być dla nich wszyst­kich wyro­kiem ska­zu­ją­cym. Krą­żą legen­dy o tajem­ni­czych wyda­rze­niach, znik­nię­ciach, zbrod­niach i duchach, a wszyst­kie one wyda­ją się wprost roz­kwi­tać w sce­ne­rii samot­nych budyn­ków. Nada­ją jed­nak dodat­ko­wą tajem­ni­cę tej opusz­czo­nej dro­dze, któ­ra dziś funk­cjo­nu­je jako tra­sa wido­ko­wa.

Któ­ry odci­nek Route 66 war­to wybrać?

Jed­nym z naj­czę­ściej pole­ca­nych frag­men­tów, któ­ry tak­że na nas zro­bił naj­więk­sze wra­że­nie jest odci­nek, na któ­ry zje­chać moż­na z auto­stra­dy w dro­dze z Las Vegas do Wiel­kie­go Kanio­nu. Po obu stro­nach dro­gi roz­po­ście­ra­ją się nie­sa­mo­wi­cie dzi­kie kra­jo­bra­zy, ogrom­ne prze­strze­nie zło­tej, prze­pa­lo­nej tra­wy. Co kil­ka kilo­me­trów widać opusz­czo­ne sta­cje ben­zy­no­we pokry­te zdar­ty­mi, sta­ry­mi far­ba­mi w nie­sa­mo­wi­cie inten­syw­nych odcie­niach. Nie­któ­re są tyl­ko pusty­mi szkie­le­ta­mi, inne zaanek­to­wa­ne zosta­ły na skle­py z pamiąt­ka­mi.

 

| Trze­ba przy­znać, że Ame­ry­ka­nie mają wyjąt­ko­wy talent do two­rze­nia wła­snych legend. Opusz­czo­ne, pozo­sta­wio­ne same sobie auta dum­nie opa­la­ją w słoń­cu Ari­zo­ny reszt­ki zuży­tych fote­li.

Dro­ga nie funk­cjo­nu­je już jako kra­jo­wa, wjazd na nią nie pod­le­ga żad­nym opła­tom, a ruch jest nie­wiel­ki. Nie­sa­mo­wi­ta cisza, samot­ność, poczu­cie wol­no­ści i prze­strzeń jedy­nie pod­krę­ca­ją fil­mo­wą atmos­fe­rę.

Route 66 podró­żo­wa­li­śmy tak­że wra­ca­jąc z Las Vegas (uwa­żaj­cie, tam się prze­gry­wa!). Tra­sa była mniej cie­ka­wa, jed­nak uda­ło nam się tra­fić na świet­ny bur­ger bar i prze­żyć nie­sa­mo­wi­tą przy­go­dę, pozna­jąc pew­ne­go miesz­kań­ca Ari­zo­ny i przy­pad­ko­wo lądu­jąc w jego nie­zwy­kłym domu, far­mie sza­lo­nych wyna­laz­ków. Oj, docze­ka się sta­ru­szek oddziel­ne­go tek­stu.

A ja na koniec dodam tyl­ko tyle, że Route 66, to miej­sce, któ­re prze­ro­sło nasze wyobra­że­nia. War­to zatan­ko­wać kar­ni­ster wyobraź­ni na tych opusz­czo­nych sta­cjach. Chodź­cie pooglą­dać zdję­cia!

Trochę dorosła bo przecież ma męża, a trochę podjada czekoladę w łóżku i nie depcze linii między płytami chodnikowymi. Nałogowo bawi się słowami, fotografuje, śmieje się i podróżuje. Sporo łączy ją z Amelią z francuskiego kina. Głównie pewność, że płyty winylowe robi się jak naleśniki. Kocha planszówki, emocje i słowa. Przyjaciółka adoptowanego psa Lucjana, którego jest po części matką, po części psychofanką. Herbatę pije w nieprzyzwoitych ilościach.

Comments:

  • Wrzesień 1, 2017

    Podróż przez Sta­ny, część wła­śnie 66-tką to nasze total­nie dzi­kie marze­nie (nasze w sen­sie nie że mam roz­dwo­je­nie jaź­ni, tyl­ko męża i moje, co już daje dwo­je). I tak bar­dzo chcę, a zdję­cia Two­je mówią mi, że chcę jesz­cze bar­dziej. Gene­ral­nie czad, zadro­cha. Mam jed­no ale! Nie odwie­dzi­łaś Chłod­ni­cy Gór­skiej! Bied­ny Zło­mek…

    A widok wypa­lo­nych traw i tej fan­ta­stycz­nej pust­ki gene­ru­je ciar­ki na moich ple­cach z prze­ję­cia!

    reply...
    • Wrzesień 4, 2017

      Jej, jak Tobie by się tam nie­sa­mo­wi­cie podo­ba­ło! I ja chcia­łam bar­dzo, a teraz tak bar­dzo bym wró­ci­ła.
      Cho­ciaż szyb­ko to pew­nie nie nastą­pi, przede mną jesz­cze nie­zre­ali­zo­wa­ne marze­nie o Nowym Jor­ku…

      reply...
  • Wrzesień 1, 2017

    Olcia, jesteś nie­sa­mo­wi­ta? Uwiel­biam Twój styl pisa­nia i Cie­bie❤️ A jesz­cze widzę tutaj dru­gą moją ulu­bie­ni­cę???

    reply...
    • Wrzesień 1, 2017

      Monia! ❤️ ? Jesteś obłęd­na! Dzię­ku­ję Ci! Uściiiii­ski! ✨

      reply...
  • Wrzesień 2, 2017

    Olu uwiel­biam Two­je tek­sty :) a zdję­cia pięk­ne <3 aż się roz­ma­rzy­łam bo bar­dzo marzę o podró­ży do Sta­nów! :)

    reply...
    • Wrzesień 4, 2017

      Domi­ni­ka! ❤️ Dopie­ro zauwa­ży­łam komen­tarz, baaar­dzo dzię­ku­ję! I Sta­ny ogrom­nie pole­cam… to nie­sa­mo­wi­ta przy­go­da!

      reply...
  • Wrzesień 5, 2017

    Cią­gle cze­kam i marzę o takiej podró­ży:)

    reply...

post a comment

Close