* Okre­śle­nie KORPOWIEŻA nie odnosi się jedy­nie do pracy w kor­po­ra­cji i doty­czy każ­de­go nie­lu­bia­ne­go zaję­cia, które nie przy­no­si oso­bi­stej satys­fak­cji. Pod­czas pisa­nia tego tekstu nie ucier­piał żaden deadli­ne. Nie testo­wa­no na biu­row­cach.  Przed rzu­ce­niem pracy z dnia na dzień skon­sul­tuj się z leka­rzem, stanem konta lub far­ma­ceu­tą.

Pozdra­wiam wio­sen­nie z pierw­sze­go aka­pi­tu felie­to­nu o absur­dal­nie długim tytule. Spon­so­rem świeżo napi­sa­nej treści jest wiosna. W teorii: czas ćwier­ka­ją­cych ptaków, zie­le­nią­cych się traw­ni­ków i wie­trzą­cych szaf. W prak­ty­ce: wie­trzą­cych szaf i zbio­ro­wych pety­cji do słońca o roz­to­pie­nie resz­tek biało-bru­nat­nej brei, którą już chyba tylko z grzecz­no­ści nazy­wa­my śnie­giem. Bo w myślach od połowy lutego co naj­mniej nie­po­ro­zu­mie­niem.

Kiedy media ćwier­ka­ją o tym, że nie­dłu­go zaczną ćwier­kać ptaki, przez szkla­ną szybę dra­pią­ce­go roz­le­ni­wio­ne miej­skie chmury biu­row­ca wyglą­da Kró­lew­na. Wyglą­da Kró­lew­na na taką, której wiele zazdrosz­czą inne Kró­lew­ny z rów­no­le­głych bajek, na przy­kład biurko obok albo biu­ro­wiec dalej.

Jeśli każdy z nas jest jakąś bajką, to ona jest taką w twar­dej opra­wie. Opra­wio­na w gar­son­kę pew­no­ści siebie, by nikt jej do końca nie mógł prze­czy­tać. Pełna jed­no­cze­śnie szczę­śli­wych i kiep­skich zakoń­czeń, ciężko wypra­co­wa­nych mora­łów. Pięk­nie wydana przez zewnętrz­ne wydaw­nic­twa, od któ­rych zgar­nia marny pro­cent zysku z wła­snych suk­ce­sów. Bo nie cieszą jej tak bardzo, jak gdyby mogły, gdyby wydała się od nowa sama. Tak, jakby chcia­ła.

Sel­fpu­bli­shing. Samo­re­ali­za­cja. Speł­nie­nie. W czymś innym niż liczby liczo­ne na czyjś rachu­nek. Życie z pasją. Coś dla siebie. Balans. Prze­cież ma to wewnętrz­ne prze­czu­cie, że może mia­ła­by talent w tej czy innej dzie­dzi­nie. Gdyby tylko umiała zapro­jek­to­wać się od nowa. Mogła­by może zostać pro­jek­tan­tem wnętrz, w końcu tak uwiel­bia prze­glą­dać kata­lo­gi z działu living. Albo być foto­gra­fem i poka­zy­wać jak widzi świat apa­ra­tem. Mieć bloga. Może kobie­cy biznes jakiś. Hasz­tag #girl­boss.

Może mogła­by pisać. — Ale prze­cież ludzie nie czy­ta­ją, pod­po­wia­da jej jakaś wewnętrz­na żaba, która na pewno nie jest zaklę­tym księ­ciem do cało­wa­nia. Jest zwy­kłym lękiem przed poraż­ką i byciem oce­nio­ną. Taką małą, wewnętrz­ną ropu­chą, która pod­ska­ku­je w żołąd­ku kiedy tylko ośmie­li­my się marzyć zbyt real­nie. Kiedy tylko w naszym biu­row­cu dra­pią­cym chmury zaczy­na­my bujać w obło­kach.

Nie mam zdol­no­ści. Nie nadaję się. Jest za późno by się tego nauczyć. Co powie­dzą inni. Pró­bu­ję, ale nie wycho­dzi. I tak się nie uda. On i Ona ocze­ku­ją ode mnie czegoś innego. Zro­bi­ła­bym to pewnie, ale nie mam czasu. Nie mam stra­te­gii. Nie mam pomy­słu. Jestem spóź­nio­na. Już tyle osób to robi. Tyle ludzi we mnie wątpi. Nie mam odwagi. A co, jeśli się nie uda. — w ułamku sekun­dy pomy­śla­ła Kró­lew­na. A po chwili ukłuła się wrze­cio­nem wła­snych nie­pew­no­ści i mimo, że akcja felie­to­nu akurat roz­gry­wa się wiosną- zapa­dła w sen zimowy. Po raz kolej­ny nie zro­bi­ła nic.

*

| Boha­te­rów opo­wie­ści cenimy bar­dziej za ich sta­ra­nia niż za odnie­sio­ny sukces — Pixar Ani­ma­tion stu­dios

*

Powyż­szy cytat jest jedną z zasad storytelling’owych ame­ry­kań­skiej wytwór­ni filmów ani­mo­wa­nych PIXAR, która na prze­strze­ni lat stała się jed­no­cze­śnie wytwór­nią pierw­szych marzeń powsta­ją­cych w gło­wach małych widzów. Mówi o tym, że kon­struk­cje wszyst­kich baśni, filmów i opo­wie­ści bazują na jed­na­ko­wych sche­ma­tach.

Naj­pierw mamy taką Kró­lew­nę (w zależ­no­ści od fabuły histo­rii wymien­ną na: ryce­rza, wojow­ni­ka, blon­dyn­kę z kome­dii, zagu­bio­ne­go trzy­dzie­sto­lat­ka, księ­cia z bajki, poszu­ki­wa­cza skarbu, tu wpisz własną postać).

Cała histo­ria zaczy­na się zawsze od: pra­gnie­nia, celu, marze­nia, poszu­ki­wa­nia, dąże­nia, chęci uwol­nie­nia księż­nicz­ki, zna­le­zie­nia cen­ne­go skarbu, spo­ko­ju, szczę­ścia czy domu. Roz­wią­za­nia zagad­ki, koniecz­no­ści uciecz­ki i innych drze­mią­cych w danej posta­ci moty­wów.

Póź­niej boha­ter wyru­sza w drogę, pod­czas której gubi się, zatra­ca, doświad­cza, poszu­ku­je, naprze­mien­nie pod­da­je i pod­no­si, myli i odnaj­du­je. Bywa mario­net­ką bawią­ce­go się nim przy­pad­ku, aż w końcu znaj­du­je to, czego szukał po to… by dowie­dzieć się, że naj­cen­niej­sza była sama droga by to odna­leźć.

I nawet jeśli Kró­le­wicz cieszy się z happy endu w posta­ci poko­na­ne­go smoka albo odna­le­zio­nej Kró­lew­ny, cała histo­ria doty­czy tak napraw­dę tego, jak wiele zrobił i jak wiele się nauczył poko­nu­jąc napo­tka­ne prze­szko­dy. Cho­ciaż oczy­wi­ście poca­łu­nek praw­dzi­wej miło­ści to cał­kiem sym­pa­tycz­ny bonus.

Podob­nie brzmią opo­wie­ści wszyst­kich tych, któ­rych podzi­wia­my. Zaczy­na­li swoje histo­rie od nie­pew­no­ści i często po prostu dużo robili, nie wie­dząc dokąd ich to zapro­wa­dzi. Pozwo­li­li sobie na to, by popeł­niać błędy, robić coś po raz pierw­szy. Robić coś dla przy­jem­no­ści. Doświad­czać. Po prostu dzia­łać. Sta­wiać małe kroki. Cie­szyć się z drob­nych suk­ce­sów. Słu­chać intu­icji. Być począt­ku­ją­cym. Być cie­ka­wym. Nie być dosko­na­łym. Zamknąć uszy na tych, którzy wątpią. Oni prze­cież nie słyszą tego wewnętrz­ne­go głosu, który pod­po­wia­da nam, żeby coś zmie­nić.

*

Nie chcę powie­dzieć, że życie jest bajką, ale zasiać wąt­pli­wość, że sama droga do reali­za­cji pra­gnień może dać nie­sa­mo­wi­tą przy­jem­ność z odkry­wa­nia siebie. Może za zakrę­tem naszych starań odnaj­dzie­my coś, co będzie cie­szy­ło nas na tyle, że przy­jem­no­ścią stanie się samo wędro­wa­nie. Samo w sobie ryso­wa­nie, foto­gra­fo­wa­nie, cze­sa­nie, ukła­da­nie, deko­ro­wa­nie, pro­jek­to­wa­nie, pisa­nie.

A każda wędrów­ka dokądś prze­cież zawsze pro­wa­dzi. Nawet jeśli wie­dzie przez gęsty las, a my po drodze zry­wa­my same zatru­te jabłka i spo­ty­ka­my ludz­kie odpo­wied­ni­ki pod­stęp­nych wilków w dam­skich ciusz­kach rodem z Czer­wo­ne­go Kap­tur­ka, pozo­sta­jąc w baj­ko­wym kli­ma­cie. A wilk, to taki STRACH, który ma wiel­kie oczy. Tylko w praw­dzi­wym życiu nie zjada naszych krew­nych by dobrać się nam do koszycz­ka. Zjada nas. Od środka. I zanim nie prze­sta­nie­my się go bać, będzie żył długo i szczę­śli­wie. 

Cudow­nie Cię widzieć w moim uczu­cio­wo-saty­rycz­nym świe­cie! 💜 Roz­gość się i poczuj jak u siebie, przy winie albo her­ba­cie:

- może masz ochotę zer­k­nąć na naj­bar­dziej lubia­ny tekst na blogu? Klik­nij: tutaj

- jeśli czu­jesz, że chciał­byś podzie­lić się z kimś tym lub innym tek­stem, lub masz ochotę czytać podob­ne felie­to­ny czę­ściej, śmiało polub lub udo­stęp­nij

- jestem nie­sa­mo­wi­cie cie­ka­wa Two­je­go zdania i będzie mi nie­przy­zwo­icie miło jeśli zosta­wisz po sobie kilka słów w komen­ta­rzu. Możesz rów­nież komen­to­wać jako gość, okien­ko do wybra­nia tej opcji powin­no wyświe­tlić się po wpi­sa­niu maila.

- aaa prawie zapo­mnia­łam o moim insta­gra­mo­wymwon­der­lan­dzie- tam jest mnie naj­wię­cej, insta­gram czynny całą dobę: tutaj.

Ści­skam Ciepło, Ola.

Podziel się… :)

You May Also Like

  • Bo Kró­lew­nę w Kor­po­wie­ży uczą, co robić należy. Nie myśleć zbyt­nio o sobie, bo to szko­dzi na zdro­wie. Reali­zo­wać cudze plany – na tym się naj­le­piej znamy. Dygać, słu­chać, nie pla­no­wać i marze­nia głę­bo­ko chować.
    Aż przy­cho­dzi Chrzest­na Matka i krzy­czy: „Wariat­ka! Zacznij się reali­zo­wać, zamiast życie swe mar­no­wać”. A Kró­lew­na na to: „Siema! Masz rację, już mnie tutaj nie ma!”.
    I żyła długo i szczę­śli­wie i szyła sukien­ki z piór mara­bu­ta, a w prze­rwach robiła na dru­tach.

    Fajny tekst :*

    • Łooł Ola, ja tu sobie na żywca jesz­cze orto­gra­fów szukam i ogar­niam prze­cin­ki a tu już komen­tarz od ulu­bio­nej Olinki! Co praw­ni­cze kodek­sy spa­li­ła w ogniu arty­stycz­nej namięt­no­ści i przed­sta­wia nam co chwilę ryso­wa­ne pięk­no­ści!

      Pewne jest jedno, że dla tej Panien­ki, poje­cha­ła­bym do Bruk­se­li i polu­bi­ła bruk­sel­ki. :)

    • haha, uwiel­biam Was obie :D

  • Gdyby tylko ta samo­re­ali­za­cja była taka prosta… Wiesz, siedzę od godzi­ny przed lap­to­pem i gapię się w ekran i nic mi sen­sow­ne­go do głowy nie przy­cho­dzi w związ­ku z moją samo­re­ali­za­cją. Ewen­tu­al­nie to, że lepiej by się sie­dzia­ło z pącz­kiem i kawą albo pyszną her­bat­ką. Nie ma dla mnie nadziei?:*

    Olcia wspa­nia­ły tekst!<3

  • Marta K.

    Dawno nie czy­ta­łam tak ładnie napi­sa­ne­go tekstu z takim cudow­nym prze­sła­niem! :)
    Pozdra­wiam :)

    • Marta, ale mi miło! Dzię­ku­uuuję! :) Dzię­ku­ję, dzie­ku­uuję! :)

  • Wspa­nia­ły tekst.Bardzo motywujący.Właśnie jestem na etapie uwal­nia­nia się z kor­po­wie­ży, a wilk…Wilk ciągle stara się popsuć mój plan. Dobrze, że walczy z nim mój wewnętrz­ny głos, któ­re­go staram się słuchać:)Pozdrawiam.

    • Mar­ty­na, prze­sy­łam Ci naj­ser­decz­niej­sze pozdro­wie­nia… i załą­czam do nich w koper­cie trutkę na Wilki! Powo­du­ją­cą per­ma­nent­ną śle­po­tę… a kim jest taki Wilk Vel Strach bez wiel­kich oczu? :) Uści­ski!

  • Dawno już nie prze­czy­ta­łam w inta­re­ne­cie, tak dobre­go tekstu. Masz talent do pisa­nia.
    Jeśli jednak chodzi o kor­po­wie­żę, to nawet gdy się z niej wydo­sta­nie­my, możemy mieć przy sobie tą paskud­ną ropu­chę, która odbie­ra nam pew­ność siebie. Nie wspo­mi­na­jąc już o wilku, choć z nim staram się po prostu zaprzy­jaź­nić. :)

    • Jej, dzię­ku­ję! :) No wła­śnie, do obec­no­ści obu zwie­rza­ków chyba trzeba po prostu przy­wyk­nąć, bo wilk to taki zawod­nik, któ­re­go nie da się łatwo wyeli­mi­no­wać. Może nawet cza­sa­mi dobrze mieć go przy sobie i zasta­no­wić nad nie­któ­ry­mi sza­leń­stwa­mi… ale gene­ral­nie: trak­to­wać jego stra­sze­nie z przy­mru­że­niem oka i przy­zwy­cza­ić do jego obec­no­śći!! :D