Top

L

Lata dzie­więć­dzie­sią­te. Era tale­rzy sate­li­tar­nych i magne­to­wi­dów z nagry­war­ka­mi na kase­ty. Kio­ski zaczy­na­ją sprze­da­wać Bra­vo i Gaze­tę Tele­wi­zyj­ną, a tele­wi­zo­ry na pol­skich meblo­ścian­kach emi­tu­ją naprze­mien­nie nie­miec­kie MTV, Fami­lia­dę i pierw­sze Holy­wo­odz­kie seria­le. Dziew­czyn­ki, chłop­cy, mat­ki, żony, bab­ki, kochan­ki i wuj­ko­wie z wąsem: wszy­scy obser­wu­ją sili­ko­no­wy biust Pame­li Ander­son, dry­fu­ją­cy w zwol­nio­nym tem­pie na pla­ży w Los Ange­les i śnie­żą­cym od cza­su do cza­su ekra­nie. Kali­for­nij­skie pla­że: kra­ina pamięt­ne­go Bay­wat­cha.

Veni­ce Beach, to pla­ża lan­su, desko­rol­ki, mię­to­wych budek ratow­ni­czych i siłow­ni pod gołym nie­bem. W impo­nu­ją­cym ska­te­par­ku mło­dzi chłop­cy z roz­ja­śnio­ny­mi od słoń­ca i sło­nej wody wło­sa­mi krę­cą tri­ki i blan­ty. Sur­fe­rzy zawie­sze­ni na tafli wody łowią fale. Pamię­tam dobrze jed­ne­go z nich, jeż­dżą­ce­go na long­bo­ar­dzie w prze­mo­czo­nej pian­ce zdję­tej do poło­wy i wiszą­cej swo­bod­nie na bio­drach. Roz­pę­dzał się po beto­no­wym chod­ni­ku z kar­to­no­wą tablicz­ką, że za dola­ra moż­na klep­nąć sur­fe­ra w pupę. Żuł gumę do żucia i robił z niej balo­ny w ame­ry­kań­skim roz­mia­rze xxl.

Ludzi na Veni­ce opa­no­wał kult cia­ła: rol­ki, deski, rowe­ry, otwar­ta siłow­nia, gim­na­sty­ka i wizy­ty u chi­rur­ga pla­sty­ka. To wła­śnie oni i kli­mat, któ­ry two­rzą są w moim odczu­ciu fabry­ką ame­ry­kań­skie­go snu. Przy­jeż­dżasz tu na chwi­lę, a sztucz­ne pięk­no, luz i paste­lo­we kolo­ry obie­cu­ją Ci życie, któ­re jed­nak dale­kie jest od real­ne­go. Kali­for­nia, to miej­sce nie­sa­mo­wi­tych skraj­no­ści, a Veni­ce jest jed­ną z nich, ponie­waż w uro­czych wil­lach z szu­mem oce­anu wli­czo­nym w czynsz, miesz­ka jedy­nie garst­ka naj­bo­gat­szych szczę­śliw­ców. Całe Los Ange­les, to prze­ogrom­ne mia­sto przy­tła­cza­ją­co bied­nych ludzi. Wię­cej możesz prze­czy­tać we wpi­sie o LA, o tutaj.

Wzdłuż dep­ta­ka na Veni­ce roz­cią­ga się pasmo skle­pów z pamiąt­ka­mi i kil­ka knaj­pek, kon­cen­tru­ją­cych uwa­gę sze­fów kuch­ni głów­nie na bur­ge­rach z fryt­ka­mi. A spo­śród nich: zie­lo­ny lokal z szyl­dem „weed doctor”, gdzie sprze­da­wa­ne są recep­ty na mari­hu­anę, któ­re zre­ali­zo­wać moż­na w pobli­skiej apte­ce. W tym kon­tek­ście mogę powie­dzieć, że miej­sco­wi chłop­cy wyglą­da­ją na czę­stych pacjen­tów, leczą­cych się prze­so­lo­nym powie­trzem z oce­anu i dymem ze skrę­tów.

Jest jesz­cze tuż obok San­ta Moni­ca. To mia­stecz­ko z pla­żą, któ­ra zasły­nę­ła głów­nie ze Sło­necz­ne­go Patro­lu. Mają knajp­ki i molo z nie­wiel­kim jak na ame­ry­kań­skie roz­mia­ry par­kiem roz­ryw­ki. I pięk­ne zacho­dy słoń­ca. Od Veni­ce dzie­li ją dłuż­szy spa­cer brze­giem oce­anu, a sam kli­mat jest zde­cy­do­wa­nie spo­koj­niej­szy, bliż­szy temu panu­ją­ce­mu na euro­pej­skich pla­żach. Jeśli będąc na kul­to­wym Veni­ce zgłod­nie­jesz, war­to prze­mie­ścić się do mia­stecz­ka San­ta Moni­ca na coś do jedze­nia, kali­for­nij­czy­cy pole­ca­ją wie­le znaj­du­ją­cych się tam restau­ra­cji.

Kie­dy to piszę, czu­ję w blond wło­sach kali­for­nij­ski piach. I wiatr.

Chy­ba czas popro­sić kogoś z tej War­szaw­skiej kawiar­ni, w któ­rej wła­śnie popi­jam dru­gą dziś cap­puc­ci­no na mle­ku sojo­wym o wyłą­cze­nie kli­my.

Trochę dorosła bo przecież ma męża, a trochę podjada czekoladę w łóżku i nie depcze linii między płytami chodnikowymi. Nałogowo bawi się słowami, fotografuje, śmieje się i podróżuje. Sporo łączy ją z Amelią z francuskiego kina. Głównie pewność, że płyty winylowe robi się jak naleśniki. Kocha planszówki, emocje i słowa. Przyjaciółka adoptowanego psa Lucjana, którego jest po części matką, po części psychofanką. Herbatę pije w nieprzyzwoitych ilościach.

post a comment

Close