Kocha­ni, ścia­kam mocno z Afryki! Mimo, że aktu­al­nie biegam z apa­ra­tem po sawan­nie i obiek­ty­wem tropię zwie­rza­ki mam tu dla Was tekst, który wła­śnie kończę pisać w drodze do Nairo­bi. Prze­sy­łam dużo słońca!

Z okazji zbli­ża­ją­cych się nie­dłu­go uro­dzin, myślę trochę o wieku. I nie mam na myśli tego drew­nia­ne­go wieka, zasy­py­wa­ne­go pia­skiem pod­czas życio­we­go game over’a i towa­rzy­szą­ce­go mu reli­gij­ne­go obrzę­du ostat­nie­go poże­gna­nia, ale pochod­ną metry­ki uro­dze­nia. Te dwie, kolej­no usta­wio­ne obok siebie cyfry, które w doro­słym życiu wpi­su­jesz w kolum­nę obok imie­nia i nazwi­ska wypeł­nia­jąc dru­czek w urzę­dzie.

Ostat­nio doro­słość zapro­si­ła mnie wła­śnie do jed­ne­go z takich urzę­dów. W piśmie prze­wod­nim nazwa­no to wezwa­niem do uzu­peł­nie­nia dekla­ra­cji podat­ko­wej, ale ja dla wła­snej higie­ny psy­chicz­nej ode­bra­łam komu­ni­kat jako zapro­sze­nie na kawę. Co prawda z auto­ma­tu i za własne monety, któ­rych pół port­fe­la połknie mi pewnie jesz­cze par­ko­mat pod urzę­dem, ale zawsze to jakaś przy­jem­niej­sza oko­licz­ność.

Co do oko­licz­no­ści, wizyta w urzę­dzie jest dosko­na­łą do prze­my­śleń o upły­wa­ją­cym czasie. I w ogóle o życiu i śmier­ci. A jeżeli o śmier­ci, to głów­nie tej z nudów, która grozi Ci kiedy pod­czas powol­ne­go kur­cze­nia się dłu­giej kolej­ki przez kilka godzin odli­czasz numer­ki. Zanim z otwar­ty­mi ramio­na­mi przy­wi­ta Cię w okien­ku Pani Halin­ka. Groź­nym spoj­rze­niem spod trwa­łej tle­nio­nej płu­kan­ką z dro­ge­rii lustru­ją­ca Twoje doku­men­ty.

*

Cze­ka­łam na swoją kolej­kę. Zakła­da­łam nogę na nogę, raz jedną na drugą, a raz drugą na pierw­szą. Obser­wo­wa­łam ludzi, nuci­łam w głowie dżin­gle z kiep­skich reklam. Mar­no­wa­łam tusz w dłu­go­pi­sie marząc po dru­giej stro­nie pobra­ne­go z auto­ma­tu numer­ka i marząc, by skoń­czy­ło się w końcu to cze­ka­nie. Czas upły­wał mi w tempie prze­ciw­nym do zawrot­ne­go, porów­ny­wal­nym do pręd­ko­ści sanek w środku w lata.

A prze­cież czas, tak na codzień, wybacz­cie Pań­stwo dosad­ność: z a p i e r d a l a . I to kosmicz­nie szybko. Jak te sanki, ale zimą. Zimą kon­kret­ną. Taką ze śnie­giem i w górach. Taką zaraz po świę­tach, żeby jed­nost­ka ludzka umiesz­czo­na na pojeź­dzie z pło­za­mi, mogła osią­gnąć pręd­kość napę­dzo­ną świą­tecz­ny­mi pie­ro­ga­mi.

Co byś zrobił, gdybyś miał o tyle czasu więcej,

o ile czas dłuży Ci się zwykle w kolej­ce?

 

Pode­szłam do auto­ma­tu z kawą. Wrzu­ci­łam dwa złote do plu­ją­cej kofe­iną maszy­ny a następ­nie wraz z paru­ją­cą z pla­sti­ko­we­go kubecz­ka cieczą zaszy­łam się w rogu urzę­do­wej sali i posta­no­wi­łam przy­jąć fikcję, że ja tu wła­ści­wie przy­szłam tak po prostu, na kawę. Sama ze sobą. Żeby dać się zanu­dzić jed­no­oso­bo­wą roz­mo­wą.

I zada­łam sobie pyta­nie: co bym zro­bi­ła, gdybym mogła uzbie­rać i wyko­rzy­stać cały ten gra­ti­so­wy, dłu­żą­cy się w kolej­kach pod­czas całego życia czas?

Zapi­sa­ła­bym się może z mężem na kurs tańca. Ale bar­dziej dla robie­nia czegoś wspól­nie i dosię­ga­nia do niego na pal­cach, niż dla wie­deń­skie­go walca. I wydłu­ży­ła­bym spa­ce­ry z psem Lucja­nem o pół godzi­ny.

Poszła­bym w końcu z przy­ja­ciół­mi na wino, na które uma­wia­my się od mie­się­cy ale zawsze ktoś gdzieś musi zostać dłużej, bo praca, imie­ni­ny ciotki, znowu grypa, znowu pro­jekt, znowu deszcz. Tak okrut­nie za oknem listo­pad nam moknie.

Skoń­czy­ła­bym w końcu malo­wa­nie meblii ogro­do­wych i odwie­dzi­la rodzin­ne strony. Wydłu­ży­ła­bym wszyst­kie wspól­ne śnia­da­nia i kola­cje, dała­bym tre­nin­go­wym butom drugą szansę.

Zaczę­ła­bym uczyć się hisz­pań­skie­go, upie­kła­bym ciasto, zapla­no­wa­ła­bym kolej­ną podróż, może w czymś pomo­gła komuś. Nauczy­ła­bym się zasad nowej plan­szów­ki, czę­ściej zapra­sza­ła gości, zaczę­ła­bym pisać książ­kę i czę­ściej czytać książ­ki.

Przy­go­to­wa­ła­bym snow­bo­ard na zimę i na zimę zro­bi­ła prze­two­ry. Albo bez­kar­nie na chwilę zapa­dła w sen zimowy.

Nie myślę wtedy o tym jesz­cze, że kilka tygo­dni póź­niej będę sie­dzia­ła wła­śnie w auto­bu­sie w drodze z Maji Moto do Nairo­bi, na jednym odcin­ków naszej Afry­kań­skiej przy­go­dy. Jestem tu teraz. Z backpack’iem w bagaż­ni­ku. Nico­nem na szyi. Za szybą Land Cru­se­ra mijam gli­nia­ne domy i ludzi, którzy mają czas.

Ale nie mają nicze­go innego.

*

Ostat­nio doro­słość zapro­si­ła mnie wła­śnie do jed­ne­go z takich urzę­dów. W piśmie prze­wod­nim nazwa­no to wezwa­niem do uzu­peł­nie­nia dekla­ra­cji podat­ko­wej, ale ja dla wła­snej higie­ny psy­chicz­nej ode­bra­łam komu­ni­kat jako zapro­sze­nie na kawę. Miałam rację.

Sama ze sobą na śmierć się na tej kawie zaga­da­łam.

Połowa drogi do Natro­bi. Przez uchy­lo­ny lufcik wiatr wdmu­chu­je pod­grza­ny piach, za oknem obdra­pu­ją się tynki, mali chłop­cy i dziew­czyn­ki kopią bosymi sto­pa­mi zro­bio­ne z bute­lek pla­sti­ko­wych piłki. Kurzy mi się za oknem ucie­ka­ją­cy kra­jo­braz i nagle jakoś nie chcę pisać nic więcej.

Nic więcej niż banal­ne zdanie by wyko­rzy­stać czas na doce­nia­nie tego, co masz.

bye

You May Also Like

  • Olcia ja o tym samym pomy­sla­łam wczo­raj. Sama siebie zga­ni­łam, bo my mamy wszyst­ko a i tak zawsze czegoś za mało. A czas tak szybko leci🙈 buzia­ki India­na Poems😘😄

  • Karo­li­na Kocie­liń­ska

    Wzru­szy­ły mnie słowa, że ludzie “mają tam czas, ale nie maja nicze­go”:) oni maja więcej niż nam się wydaje, nie możemy na nich patrzeć z per­spek­ty­wy Euro­pej­czy­ka :) piękne zdję­cia na blogu i wpisy, od jakie­goś czasu obser­wu­je Cię na insta­gra­mie ale dopie­ro teraz zaj­rza­łam na bloga i sadze, ze będę wpadać czę­ściej :) Trzy­mam kciuki za piękna podróż po Afryce i pozdra­wiam :)
    tukociel.blogspot.com <- zapra­szam Cię do mnie :)

  • @haveeyeon

    wybory…
    ale naj­bar­dziej, to trzeba nauczyć się doce­niać ten czas Olcia i doce­niać co się ma a nie zapę­tlać się czego jesz­cze nie! Korzy­staj!