Top

Latem gubię kapelusze, a jesienią przeważnie rękawiczki i siebie. Jeśli chodzi o kapelusze i rękawiczki praktykuję raczej gubienie tradycyjne, tak jak gubi się zwykle rzeczy noszone przy sobie: w autobusie, drzwiach i przejściach, kawiarniach, sklepach, kolejkach i w pośpiechu. Gubię zwykle z roztargnienia: jest rzecz, jest rzecz, jest rzecz i za chwilę nie ma. Jeśli chodzi o gubienie siebie, tu wyróżniam dwa rodzaje. Pierwsze, to gubienie się w sobie samej. To ten rodzaj gubienia, kiedy może wynurzyłabyś nos spod wełnianego

Prawie trzy tygodnie z plecakiem na plecach i okruchami piachu we włosach minęły jak sen. I gdyby nie nowe pieczątki w paszporcie, chyba nie uwierzyłabym w ten równoległy świat, w którym na pół pękają spadające z drzew kokosy i czasami pęka serce. Nie wiem ile razy wzruszały mi się oczy, ile razy mrużyło je słońce, a ile śmiały się do łez. Ale wiem, że dużo mnie nauczyłeś czarny lądzie. O innych, o sobie, o życiu, o wolności

Kiedy biura podróży sprzedają nam wakacje marzeń, z menu kolorowych broszurek możemy wybrać opcję all inclusive: wszystko w cenie. W skład oferty wchodzą chłodne drinki z palemką, całodniowe posiłki i łabędzie ze świeżo wykrochmalonych ręczników. Przeważnie jednak, jeśli wszystko jest w cenie, możesz nie znaleść tam tego, co bezcenne: przygód, prawdziwych ludzi i emocji. Przynajmniej przygód nie większych, niż aquareobik 60+ o dwunastej w południe. Emocji nie mocniejszych, niż ten lekki, ciepły dreszczyk moczu pięciolatka w przyhotelowym zbiorniku wodnym.

Amerykanie wszystko muszą mieć wielkie. Wielkie miasta z szerokimi ulicami, wielkie hamburgery z podwójnymi frytkami, wielkie gwiazdy celebrities z ich wielkimi problemami i nawet Wielki Kanion. Kiedy jechaliśmy Route 66 aby go zobaczyć, spodziewałam się więc jednego: rozmiaru XXL.Nie spodziewałam się jednak tego, że wyląduję na innej planecie. Że nagle, wysiadając z Mustanga poczuję się jak żeńska wersja Małego Księcia. Chociaż chwilę wcześniej, po jedzeniu w jednym z amerykańskich barów nadawałabym się bardziej na innego bohatera tej

Tłum pokochał francuskie makaroniki. Hipnotyzują pastelowymi kolorami, smaków mogą mieć więcej niż pierwiastków tablica Mendelejewa, a do tego pachną migdałami i podczas gryzienia wykruszają się z nich drobinki tęczowych okruchów. Mimo tych bezapelacyjnych walorów osobiście sądzę, że na masowe uwielbienie bezowych kanapeczek francuskich najmocniej wpływa przekaz podprogowy w postaci lokowania w nazwie słowa "makaron".  A kto nie lubi makaronu niech pierwszy rzuci glutenem. Chociaż bezowe ciasteczka kojarzą nam się francusko, oryginalnie nie pochodzą z Francji. Powstały nigdzie indziej,

Close